Reklama

wszystkie artykuły z działu >> DESIGN
10 listopada 2014
wszystkie artykuły z działu >> DESIGN

O DESIGNIE: WYWIAD Z DOROTĄ KOZIARĄ

Dorota Koziara bezkompromisowo o polskich festiwalach designu, o naszym podejściu do wzornictwa i o tym, jak rozpoznać wielkich projektantów. Dzięki uprzejmości the ROOM publikujemy obszerne fragmenty wywiadu, jaki Maja Chitro, redaktor naczelna the ROOM przeprowadziła z projektantką w sierpniu br. Całość wywiadu dostępna tu >>>

Nazwisko Dorota Koziara znaczy wiele, a otwartość, z jaką prowadzi rozmowę i tłumaczy zawiłości świata skupionego wokół projektowania, to znak rozpoznawczy, paszport obywatela świata. Zna swoją wartość i nie kryje jej za sztucznie budowaną skromnością. Nie musi. Współpracuje z największymi – od Mendiniego, przez Miyake, po Diora.”- Maja Chitro.

Maja Chitro: Czym jest dla Ciebie design?

Dorota Koziara :
Design jest dla mnie życiem, w takim sensie, że moja praca na szczęście jest jednocześnie moją pasją. Chodziłam do liceum plastycznego, potem musiałam wybrać kierunek studiów i wiedziałam, że malarstwo czy rzeźba nie do końca mnie usatysfakcjonują. Chciałam robić coś, co ma bezpośrednie przełożenie na to, jak może wyglądać otoczenie człowieka lub w jaki sposób można je usprawnić. Myślałam nawet o projektowaniu dla szpitali, zupełnie „no-name”. Moja droga potoczyła się inaczej i zajmuję się projektowaniem w szerokim jego rozumieniu. Design jest więc dla mnie życiem, co oznacza, że w życiu robię to, co lubię. Poza tym jest dla mnie też czymś zupełnie normalnym, konkretnym. Jest codziennością, odpowiedzią na wszelkie potrzeby człowieka. Prywatnie – jak dom, jego otoczenie, ale także projekt przestrzeni publicznej. To odpowiedź na zapotrzebowania.

Studiowałaś w Poznaniu, ale to Włochy cię porwały. Wyjechałaś na stypendium do Rzymu. Czy w takim razie, Twoim zdaniem, wzornictwa można nauczyć się w Polsce? Czy konieczna jest podróż, nabycie świadomości – tak jak było w przypadku Twoim, Tomka Rygalika czy Janusza Kaniewskiego?

Zawsze byłam daleka od tego, żeby krytykować polskie uczelnie. Wydaje mi się, że każdy człowiek ma taki etap w swoim życiu zawodowym – tuż po studiach czy w ich trakcie – kiedy ma chęć konfrontacji tego, jak projektuje się na przykład w innych kulturach i jak wygląda tam życie. A moja opinia na temat uczelni? Uważam, że polskie szkoły to świetne uczelnie, pracują w nich ludzie, którzy poświęcają swój czas na to, żeby poprowadzić studenta, współpracując z nim bardzo intensywnie. Jest ścisły kontakt student-profesor, więc jest codzienna możliwość konfrontacji tematów. W Polsce stawiane są ogromne wymagania, ale uczelnie są niedoceniane za granicą. Problem chyba polega na zbyt małej promocji, ale być może chodzi też o braki językowe. W każdym razie to można obejść, bo poza brakami ważniejsze jest to, co dają te uczelnie. A nasze państwowe uczelnie artystyczne czy politechniki są bardzo dobre. Tak się składa, że na wszystkich znajdują się wydziały projektowania. Dla mnie w kształtowaniu młodych projektantów najbliższa jest idea Bauhausu, gdzie nauczanie projektowania współgrało z naukami w sztukach czystych. Młody człowiek uczy się także malarstwa i rzeźby – później, w obiekcie, jaki będzie musiał zaprojektować, to wszystko ma zaistnieć razem, tworząc ciekawą, przyjazną dla człowieka atmosferę. Ma też być funkcjonalne. Tak samo więc ważne jest dobrze zaprojektowane krzesło, jak i kolor, który został wybrany czy dzieła sztuki, które też muszą oddziaływać pozytywnie i tworzyć miłą, ciekawą atmosferę. Przyznaję, że sztuka odgrywa dla mnie bardzo ważną rolę. Reasumując, bardzo cenię nasze uczelnie, natomiast ważne jest ciągłe konfrontowane tego, jak podchodzi się do każdej dziedziny, którą studiujemy za granicą. To otwiera horyzonty i pomaga w tworzeniu dobrej bazy do tego, co chce się robić w przyszłości. Ważne jest, by poznać punkty widzenia innych osób, również na nauczanie w danej dyscyplinie. To uczy człowieka większej tolerancji, umiejętności rozmawiania, uszanowania innych poglądów, dając większą szansę na zrozumienie problemów, które projektant musi rozwiązać umiejętnie i ciekawie. Może się komuś nie podobać przewaga drewna w designie skandynawskim, ale kiedy pozna tę kulturę, to wiele rzeczy się wyjaśni. Trzeba jeździć jak najwięcej i nie chodzi tylko o targi, czy jakieś konkretne wydarzenia. Dziś studenci mają wiele możliwości wyjazdów stypendialnych, także w trakcie studiów – chociażby korzystając z programu Erasmus.

Wróćmy jeszcze do Rzymu. Ten wyjazd pomógł Ci w karierze zawodowej. Poznałaś tam Mendiniego – żywą legendę designu, który zaprosił Cię do atelier. Powiedz, jak pracuje się z Mendinim. Z doświadczenia wiem, że byłabym przytłoczona jego sławą, dorobkiemi geniuszem. A Ciebie to onieśmielało, czy raczej dopingowało?

Absolutnie uskrzydlało! Takie wyróżnienie zdarzyło się niewielu, a Mendini jest absolutnym guru designu. Niekoniecznie muszę zgadzać się ze wszystkimi jego zapatrywaniami, ale niezaprzeczalnie jest to człowiek, który otworzył nowe kierunki w dziedzinie projektowania. Poza tym to niesamowity erudyta, osoba, która jest mi bliska, bo sztuka jest dla niego bardzo ważna. Wszystkie dziedziny kreatywne zawsze przewijają się w jego twórczości. I cieszę się, że to właśnie jego spotkałam na mojej zawodowej drodze. Mógł to być przecież Antonio Citterio, równie doskonały projektant, ale już wiem, że u niego, mimo całego wysmakowania i brawury w dokładności i każdym detalu, brakowałoby mi tego szerokiego spojrzenia na różne aspekty. Alessandro Mendini jest praktykiem – zajmuje się projektowaniem – ale jest też krytykiem, pisze, ocenia. Pytałaś, czy nie przytłaczała mnie jego wielkość. Ci najwięksi, sławy, które poznałam w moim życiu, ci, którzy naprawdę coś sobą reprezentują, zazwyczaj są to ludzie o ogromnej prostocie. Wypowiadają się w prosty sposób, zachowując nieprawdopodobną jasność przekazu i często są niezwykle sympatyczni. We współpracy z Medninim nie odczułam nigdy żadnej presji, stresu. Bo najwięksi nie dają tego odczuć. Mało tego – są po prostu wielcy właśnie dlatego, że ich talent jest naturalny i potrafią pracować w zespole. W Atelier Mendini panowała świetna atmosfera. Nasze zebrania, mimo że podchodziliśmy poważnie do tematów, były niezwykle zabawne. Element żartu i ironii, tak bardzo dla mnie ważny, sprawiał, że spotkania były bardzo kreatywne. Nigdy nie słyszałam w studio zdenerwowanych głosów, natomiast otaczała wszystkich wielka kultura i szacunek pomiędzy ludźmi. Panowie Mendini mają dodatkowo ogromne poczucie humoru. Jest niewiele takich osób. Dlatego Atelier Mendini nie onieśmiela. Sama myśl o tym, że mogłam pracować na całym świecie, że mogłam prezentować projekty dla Alberto Alessiego, czy dyrektora Fondation Cartier, dla Miyake czy firmy Hermes... To, że mogłam pojechać do ich domów, bo akurat projektowałam dla nich wnętrza i mogłam poznać ich osobiste preferencje... Były różne tematy, bardzo ambitne, ale nigdy nie odczułam żadnej sytuacji, żebym musiała się stresować.

A to nie zdarza się często...

Zgadza się i jest to dla mnie czasami zimny prysznic, zwłaszcza w Polsce, gdzie mamy bardzo młode biznesy i wielu rzeczy jeszcze musimy się nauczyć.

Szybko zdecydowałaś się na otwarcie swojego studia, jeszcze w trakcie pracy u Mendiniego.

Rzeczywiście tak było. Zaczęłam pracować u Mendiniego na przełomie 1997 i 1998 roku, w 1999 roku wygrałam międzynarodowy konkurs rzeźbiarski. Nie mogłam przecież pracować nad tym prywatnym projektem w Atelier Mendini. Wtedy kończył się mój pierwszy rok pracy i zaczęłam się zastanawiać, czy rzeźby lepiej zrealizować w Polsce i przewieźć do Włoch (wtedy jeszcze nie byliśmy w UE, więc wiązały się z tym pozwolenia na przewożenie dzieł sztuki itp.), czy lepiej zorganizować wszystko we Włoszech, a z Polski ściągnąć materiały – bazowałam na materiałach naturalnych, a rzeźby były duże, miały około trzech metrów wysokości. W końcu wybrałam drugą opcję. Więc na tej samej ulicy, na której mieści się Atelier Mendini, otworzyłam moje studio, gdzie przez wiele lat realizowałam rzeźby, instalacje oraz inne własne projekty.

Była to wielka odpowiedzialność jak na tak młodą osobę, która dopiero wsiąka w to środowisko. Ogrom pracy w jednym studio i jednocześnie swoja działalność.

No tak, rzeczywiście i pod względem psychicznym, i fizycznym. Mendini doceniał to, że wygrałam tak prestiżowy konkurs. W jury zasiadał światowej sławy krytyk sztuki i filozof Pierre Restany, twórca Nowego Realizmu, i na około 800 projektów nadesłanych z całego świata, wybrano moją instalację. Dawał mi tym samym dość elastyczną możliwość dysponowania moim czasem, jednak każdego wieczoru i w każdy weekend pracowałam zawsze w moim studio. Tak więc rok, w trakcie którego realizowałam tę całą instalację, to była ostra praca. To był jedyny rok, gdy w sierpniu byłam w Mediolanie, co mi się już nigdy nie zdarzyło (śmiech). To studio było też pierwszym miejscem w Mediolanie, gdzie zaczęto mówić o polskim designie. W 2000 roku, podczas Salone del Mobile pod patronatem Interni Magazine, zaprezentowałam dużą instalację „12 Angeli”, która zaraz po tym została przewieziona do Franciacorta Sculpture Parc. Teraz, od roku, znajduje się w Toskanii. W 2005 roku własnym sumptem zorganizowałam wystawę Polish Designers i zaprosiłam kilku projektantów. Wtedy pisały już o nas pisma Interni czy Domus. W polskiej prasie również, chociaż niektórzy potrafili napisać, że „w piwnicy”, że „wystawka”. Jak się okazuje, po latach wszyscy doceniają piwnice i miejsca postindustrialne podczas Salone Del Mobile w Mediolanie, a ci którzy przyjeżdzają z Polski, dopiero zauważyli, jak to funkcjonuje w Mediolanie. Dla nas natomiast najważniejsze było, że piszą o nas najważniejsze media na świecie. Była to jaskółka tego, co zaczyna się dziać w polskim projektowaniu. Firmy jeszcze tego wtedy nie rozumiały, nie mówiąc o ministerstwach. Nie wykorzystywały możliwości ani handlowo, ani medialnie. Od tego czasu minęło 10 lat, a polskim firmom zaczęło zależeć na Mediolanie. Firmy mają z tego korzyści i zaczynają powoli być rozpoznawalne. Mediolan jest stolicą designu i wie o tym każda firma na świecie, która ma ambicje zaistnienia na międzynarodowych rynkach. Krótka historia, ale w ciągu dekady naprawdę dużo wydarzyło się w Polsce. Moje pierwsze mediolańskie studio odegrało dużą rolę też w sensie promocji polskiego designu w ramach Salone del Mobile. Odbyły się w nim pierwsze dwie wystawy promujące design z Polski, w 2000 oraz 2005 roku. Odwiedziło nas też wiele światowych autorytetów w dziedzinach projektowych, dyrektorów muzeów, dziennikarzy, m.in. kurator londyńskiego wydania CDA Design Sotheby’s, która zaprosiła mnie do wystawy w Sotheby’s na New Bond Street w Londynie w 2000 roku. Na niej z kolei spotkałam dyrektor oddziału Muzeum Louvre, Działu Sztuk Dekoracyjnych, Artcodif, która zaprosiła mnie do nowych projektów przedmiotów, wychodzących pod nazwą marki Arcodive Louvre.

Wspomniałaś o polskim designie. Jest 2004 rok, jesteś nadal we Włoszech, ale decydujesz się na otwarcie biura w Poznaniu.

W 2004 roku chciałam po raz kolejny wracać do Polski, rozstając się z Mendinim. Na koniec tej wieloletniej współpracy, zaproponowałam mu wystawę w Muzeum Narodowym w Poznaniu, z udziałem Kulczyk Foundation. Grażynie Kulczyk również zależało, aby mieć duże nazwisko na otwarcie Starego Browaru. Robiłam tę wystawę z trzema przyjaciółmi i była to pierwsza wystawa Mendiniego w Europie Centralnej i Wschodniej. Wtedy też wynajęłam studio w Poznaniu, stworzyłam pismo o architekturze i designie. I to studio miałam do zeszłego roku. Teraz zastanawiam się nad otwarciem nowej siedziby we Wrocławiu lub w Warszawie. Wrocław – bo jestem z Dolnego Śląska, jestem związana z tym regionem i bardzo lubię to miasto. Natomiast Warszawą jestem zafascynowana. Ale Wrocławiem też...

Dlaczego zamknęłaś studio w Poznaniu? Czujesz tam jakiś zastój? Bo Poznań jednak mocno jest związany z designem i to na designie bazuje jego promocja.

Poznań ma jeden z poważniejszych Wydziałów Projektowych w Polsce. Bardzo się cieszę, że studiowałam tam design. Mebel jest tu na wysokim poziomie. Robiłam dyplom z Bio Designu, a Bionika jest tu chyba jedyna w Polsce. Poznańska ASP jest jedną z lepszych uczelni w naszym kraju. Mam tam wielu wspaniałych przyjaciół. W Poznaniu nie tylko studiowałam, ale chodziłam też do Liceum Plastycznego. Potem przez wiele lat krążyłam między Mediolanem a Poznaniem. Miałam tam różne doświadczenia, i lepsze i gorsze. Zgadzam się, że w Poznaniu dzieje się wiele rzeczy związanych z designem, to zasługa tamtejszej uczelni, która wykształciła wielu świetnych projektantów, ludzi, którzy dziś pracują dla wielu firm. Projektując, wpływają na nasze otoczenie. I ci ludzie próbują od lat mówić o designie, tworząc różne ciekawe inicjatywy. Myślę że mam w tym też swój udział, przynajmniej będąc zapalnikiem i pomysłodawcą wielu działań związanych z promocją czy edukacją w dziedzinie designu, które dziś konkretnie weszły w życie w tym mieście. Wielkopolska jest pierwszym regionem, który zaprosił mnie do wypromowania go w ramach Salone del Mobile w Mediolanie. To też pierwszy region w Polsce, który dobrze wykorzystał unijne dotacje, wspomagając najlepsze firmy w ich pierwszej międzynarodowej prezentacji w najbardziej prestiżowym miejscu w ramach Fuori Salone, „Temporary Museum For New Design”. Tutaj trzeba oddać temu miastu i regionowi ogromną pracowitość i gospodarność. Niestety, nie zawsze projekty dobre są kontynuowane. Czasem też się zdarza, że już gotowe, wypracowane przez kogoś, przechodzą w inne ręce, a wtedy niestety często nie są dobrze prowadzone.

Wracając do Wrocławia – teraz robię tam duży projekt. Po dziesięciu latach wracam z wystawą Mendiniego. ASP we Wrocławiu zaprosiła mnie na spotkanie i zaproponowano mi, żebym zorganizowała wystawę mistrza w ramach wydarzeń Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016. Wystawa będzie miała dwa miejsca: w przestrzeniach Muzeum Architektury, jak i w przestrzeniach ASP, a jest to absolutnie rewelacyjnie wyposażona uczelnia. Wewnątrz ASP znajduje się galeria Neon/ W ASP pokażemy te projekty Mendiniego, które są symbolami jego twórczości, gdzie sztuka wyraźnie łączy się z projektowaniem. Ale pojawią się tam też projekty dla przemysłu. Otwarcie, na które już zapraszam, odbędzie się 2 grudnia. Co więcej, ASP we Wrocławiu przyzna Alessandro Mendiniemu tytuł Doctora Honoris Causa. Jestem zaszczycona tym faktem również z prywatnych pobudek  – dla mnie jakby zamykał się tym samym pewien krąg. Wyjechałam z Dolnego Śląska do Włoch, po czym Mendini teraz przyjeżdża tutaj, żeby odebrać ten zaszczytny tytuł przyznany mu w stolicy mojego regionu. 3 grudnia odbędzie się otwarcie mojej wystawy we wrocławskim Ratuszu. Będziemy świętować we Wrocławiu pierwsze trzy dni grudnia – będzie to początek wydarzeń Wrocław Europejską Stolicą Kultury 2016.

Znana jesteś ze współpracy z największymi markami na świecie, ale też z bardzo mocnymi polskimi markami, jak Comforty czy Noti. Jak się pracuje z Polakami i polskimi markami? Jak managerowie dziś traktują projektanta? Bo z tym na naszym rynku jest kłopot.

Trudno jest mi uogólniać, bo wśród właścicieli firm są tacy, którzy mają większe lub mniejsze doświadczenie, to samo odnosi się do managerów. Są tacy, którzy są bliżej designu i tacy, którzy się dopiero uczą. Ale tak jest na całym świecie. Wydaje mi się, że polskie firmy, choćby te, z którymi jestem związana od kilku lat, wykonały olbrzymi skok. Gdy jeszcze studiowałam, firmy kupowały krzesło np. z Niemiec, rozkładały je na części, robiły do tego formy i dalej szło to w świat – oczywiście tę jego część, która nie miała na ten temat pojęcia. Eksport tych krzeseł szedł do Rosji, na Ukrainę i innych krajów. Nikt tego nie sprawdzał. Nie mógł sprawdzić, mieliśmy zamknięte granice. Pamiętam, jak swojego czasu na plakacie dotyczącym któregoś z wydań Targów Meblowych w Poznaniu, wcale nie tak dawno temu, pod nazwą Polskie Meble pojawiło się jedno ze sztandarowych krzeseł Rona Arada. Plakaty wisiały w całej Polsce, rozsławiając te targi, ale ani targi, ani nawet agencja reklamowa, która przygotowywała ten projekt, nie miała o tym zielonego pojęcia. A może miała, ale chciała zrobić ładny plakat i oczekiwała, że nikt się nie zorientuje? (śmiech) Ale cóż, okazało się, że nie było aż takiej nieświadomości w narodzie.  Na tym więc polegały wielkie biznesy, była to kompletna partyzantka. Dziś jest to nie do pomyślenia. Dlatego jestem optymistką i z dystansem patrzę na to, jak wzornictwo w Polsce się zmienia. Widać to bardzo wyraźnie. Firmy, z którymi współpracuję, to firmy wiodące. Mają świadomość, jak pracować z projektantem, chcą się pokazać, interesuje je rynek na poziomie międzynarodowym. Są to firmy, które potrafią selekcjonować projektantów i szukać tych, na których im zależy. Wiedzą, jak pracować z projektantem z punktu widzenia praktycznego. Dobrze mi się z nimi pracuje i cieszę się, że wspólnie możemy promować polski design. A jeśli chodzi o targi, staram się zawsze uzyskiwać dobre przestrzenie, jak to było w przypadku Comforty w Mediolanie. Na początku była Tortona i Supertudio Piu (jedna z najbardziej uczęszczanych dzielnic w Mediolanie w ramach Fuorisalone podczas Targów w Mediolanie – przyp. red.), a teraz są to główne targi. A trzeba wiedzieć, że ta droga nie jest łatwa, konkurencja jest ogromna.

Mimo tego, że ja jestem fanką Fuorisalone, bo Tortona czy Lambrate mnie zaskakują, a do głównych hal wystawienniczych zaglądam już z mniejszym entuzjazmem, to jest to ogromny sukces!

Mówisz to z punktu widzenia dziennikarza, za to ja zawsze powtarzam – te firmy, które pierwszy raz chcą się pokazać w Mediolanie, pierwsze kroki powinny kierować na Fuorisalone. Bo ty jako dziennikarz właśnie tam pójdziesz. Ja to wiem. Z mniejszą ochotą pójdziesz do głównych hal targowych, gdzie musisz wyłonić spośród tysięcy akurat 2-3, które zauważysz. Będziesz po prostu zmęczona. Mediolan to największe na świecie targi. Jeśli firma chce zaistnieć medialnie, to musi pokazać się w ramach Fuorisalone i to w dobrym miejscu. Potem jednak musi myśleć biznesowo, a w ramach Fuorisalone nie robi się wielkich interesów. Choć w Superstudio Piu jest to możliwe. Przed kryzysem, dobre marki pokazywały się w obu miejscach, w ramach głównych targów i Fuori Salone.

Ale Mediolan to nie tylko Salone del Mobile, to także wiele innych targów. Od dwóch lat pracuję nad aranżacją wystawy LA MAGNIFICA FORMA w ramach targów HOMI dotyczących, podobnie jak Maison&Objet w Paryżu, wszystkiego, co wiąże się z urządzaniem domu.

Poza projektem aranżacji w pierwszej edycji, która miała miejsce w styczniu tego roku, zaprezentowałam tam wśród 12 znanych projektantów, nową kolekcję przedmiotów ze szkła, którą zainteresował się Dior i już od kilku miesięcy ta kolekcja znajduje się w ich salonach.

Teraz, od około dwóch lat, Jaime Hayon wystawia się na Lambrate. To jedno z najmocniejszych nazwisk współczesnego wzornictwa. Więc i ci wielcy wychodzą poza zamknięte przestrzenie Salone del Mobile.

Tak, z tym że Hayon wychodzi jako projektant, a nie firma. Ale Lambrate, Brera – Mediolan się rozrasta, wydarzeń jest coraz więcej. Trzeba je umiejętnie selekcjonować.

Czy polskie marki, które pojawiają się na targach, potrafią wykorzystać to biznesowo?

Nie znam przypadków wszystkich marek, natomiast po wystawie Regionu Wielkopolski wiem, że osiem marek, które się tam pojawiło, dostało pierwsze zlecenia. Problem polegał na czymś innym – czy te firmy były na to przygotowane? Mówię o tym, ponieważ nie wszystkie zareagowały odpowiedzią ofertową na zapytania. Więc to, że ktoś się pokazuje, to jedno, ale to, jak ma zorganizowany team wewnętrznie, to drugie. To jest ogromna, ciężka praca, zanim marka będzie przygotowana do tego, żeby się pokazać, bo nie wystarczy pojechać i się wystawić, wystąpić w mediach i mieć osoby chętne do współpracy. Do Mediolanu przyjeżdżają ludzie z całego świata, trzeba więc myśleć o ofercie, zakładając różne sytuacje wcześniej i być gotowym na wszelkie ewentualności.

A może chodzi o to, że na polskich uczelniach nie uczy się biznesu?

Ale to nie projektant stoi na stoisku i opowiada o cenie produktu. To zadanie osoby zajmującej się handlem. Choć projektant oczywiście musi mieć takie pojęcie i często to on nawiązuje ważne kontakty.

Nie uważam, że na naszych uczelniach ludzie nie mają świadomości dotyczących kosztów produkcji. Zdobywa się ogólny bagaż tego, co jest potrzebne, by myśleć szerzej o projektowaniu.

A czego Polak oczekuje od wzornictwa? Design w Polsce, choć świadomość w tym temacie jest coraz większa, jest wciąż czymś dziwnym, niefunkcjonalnym i przede wszystkim zbyt drogim.

Może tak w polskich mediach jest promowany design? Gdybyś jednak zapytała ludzi, gdzie kupić wygodne łóżko, to odpowiedzą, że szukają, ale nie znaleźli ładnego, funkcjonalnego, takiego, jakie by im odpowiadało. Więc de facto wiedzą czym jest design. Może go tak nie nazywają, ale wiedzą, bo szukają dobrego, ładnego produktu. Design to wszystko, co nas otacza, ale często mylnie się to wyjaśnia. Jest taki element, na który mam alergię. Jeśli wciąż powtarza się, że krzesło z zakrętek od butelek to jest recycling i design, a w sklepie nie można dostać dobrego łóżka, to ludziom tak się właśnie kojarzy: design to dla nich dziwadło. A design otacza nas na co dzień. Nie musi być kojarzony z rzeczami, które mają wysoką cenę, a ludzie się tego boją. My też musimy kształtować świadomość, ale na to trzeba lat edukacji, po braku polskiego produktu w historii przez dziesiątki lat.

No właśnie. Edukacja. Chodzi o magazyny wnętrzarskie, które nie próbują nauczyć, ale pokazują krzesło z butelek lub wysoki, wysublimowany drogi design, a obok reklama taniej, popularnej marki meblarskiej. A przepaść pomiędzy nimi pozostaje niezagospodarowana. Problem polskiej prasy?

Tutaj nie do końca wiem, jak odpowiedzieć, bo chyba za mało wiem na temat polskiej prasy. Pomijam fakt, że nie mamy za dużo tytułów stricte polskich, a większość ma narzucenia z ogólnoświatowych centrali. Natomiast każde pismo musi się utrzymać na rynku, więc musi zapewnić jakąś ilość reklam. Niemniej, zgadzam się z tobą, że takich pism, które też próbują uświadamiać i kreować, brakuje. A na tym polega rola pisma o projektowaniu czy wnętrzarskiego. Przynajmniej powinna. To samo dotyczy firm. Niektóre pokazują się jako firmy mające ogromną świadomość w rozwoju poprzez design i robią wokół tego bardzo dużo dymu, a wystarczy wejść do ich salonów i już wszystko działa na zasadzie kontrastu. Po prostu to, co widzimy na własne oczy, w żaden sposób nie odpowiada temu, co o sobie mówią. Ich produktom czy wnętrzom salonów, daleko jeszcze do przyzwoitego poziomu.

Wracając do edukacji. Jakiś czas temu rozmawiałam z Tomkiem Rygalikiem i pytałam go o postrzeganie przez Polaków wzornictwa i podejścia do tematu architektury. Rygalik mówił o tym, że po 1989 roku zachłysnęliśmy się wolnością w wyborze i natychmiast zatęskniliśmy za dworkami i kolumnadą. Tęsknota za kolorem, stłamszoną historią... Na to wszystko pojawiły się dziesiątki festiwali designu. Przeciętny Kowalski buduje więc wyśniony zamek, a następnie idzie na targi dowiedzieć się czegoś więcej o architekturze i projektowaniu, a na miejscu dostaje kiełbaski i zjeżdżalnie dla dzieci. Design jest obok, jakby nie był do końca potrzebny.

Nie mam nic przeciwko kiełbaskom (śmiech) – oby było jak najwięcej rzeczy, które łączą ludzi wokół rozmów w naturalny sposób, jak choćby na targach w Mediolanie, choć tam na wydarzeniach podaje się włoskie wino. Wszyscy mamy świadomość przerwanej tradycji.  Można by pomyśleć, że czujemy się zagubieni, bez korzeni. Musimy przestudiować, jakie rzeczy były dla nas najważniejsze. Przez 60 lat w Polsce działo się nieporównywalnie mniej niż we Włoszech czy Skandynawii. Oczywiście, były elementy, którymi dziś się chwalimy. Te rzeczy mają piękną linię, ale było ich, w porównaniu do Włoch, bardzo mało. W tym czasie Italia przeżywała boom na produkcję, współpracę z projektantami, artystami, często ekstrawaganckie pomysły. My mamy kilka foteli, one są bardzo ładne, mają piękne, klasyczne proporcje. Pamiętajmy jednak, że był to ciężki okres. Muzeum Narodowe dopiero niedawno otworzyło magazyny i powstała z tego świetna wystawa. Jesteśmy więc trochę oderwani od korzeni. Z drugiej strony myślę, że to ciekawa sytuacja nie mieć korzeni, bo możemy z dystansem potraktować przeszłość. Jeśli chodzi o festiwale designu, w 2010 roku poznańska Arena Design zaprosiła mnie w roli gościa specjalnego. Pokazałam wówczas mapę Polski, na której zapisałam, ile mamy aktualnie konkursów związanych z designem, ile festiwali i centrów designu. Nie znam innego kraju, który miałby ich tyle. Rozumiem, że mamy duże dotacje na rozwój poprzez design, ale tak naprawdę to mało tego widać na konkretnych przykładach. Cieszyn z Panią Gołębiowską to świetna robota. Natomiast te wszystkie polskie festiwale designu – ja ich w ogóle nie rozumiem. Centra Designu, które po pierwszych wydarzeniach wchodzą głównie w specjalne programy, ale dla dzieci, ponieważ na taką działalność są też dodatkowe dotacje... bez komentarza.

Cieszę się, że to mówisz.

Ale wystarczy przejrzeć publikacje. Z czym Polakowi ma się kojarzyć design? Firmy powinny pokazywać się z innej strony, tej biznesowej. Dla mnie to wszystko, co się dzieje, to sposób na zarabianie pieniędzy. Nie potrzebujemy tylu festiwali. Włochy mają jeden, ale porządny. Przyjeżdża tam cały świat. I tym samym projekty włoskich marek znajdują się w katalogach, magazynach, innych publikacjach na całym świecie, dzięki temu lądują w wielu studiach architektonicznych, mając tym samym większe szanse na zaistnienie w projektach. Co z tego, że my sobie podyskutujemy na temat designu co chwilę w innym mieście? Czy coś z tego wynika?

Być może Poznań zaprzepaścił swoją szansę. Miał największe i najstarsze targi w Polsce, na które przyjeżdżały marki zagraniczne przez wiele lat. Organizacje nie potrafią się dogadać. Nie ma myśli przewodniej. Tu się dużo mówi na ten temat, ale co z tego? Co rok pojawiają się te same rzeczy. Politycznie również jest to niedograne, bo władze miast nie dostrzegają możliwości działania i inwestycji we współpracy z firmami. Odczuwam wciąż nieodparcie brak myślenia o designie w połączeniu: kultura i biznes, co tak naprawdę jest motorem rozwoju.

Dziękuję. 

Obszernie fragmenty wywiadu, jaki Maja Chitro, redaktor naczelna the ROOM przeprowadziła z Dorotą Koziara w sierpniu br. publikujemy dzięki uprzejmości the ROOM. Całość wywiadu dostępna na portalu the ROOM

Polecamy również: "Dorota Koziara w rozmowie z eXspace.pl":  http://exspace.pl/articles/show/977

__________

www.theroommagazine.pl – magazyn on-line stawiający na jakość treści i wysublimowaną estetykę. Ekskluzywne wywiady z topowymi postaciami światowej mody, kuchni, kultury, sztuki, teatru i designu. Autorskie sesje zdjęciowe, aktualne i wyselekcjonowane treści oraz felietony tworzone przez polskie autorytety branżowe.

Maja Chitro – redaktor naczelna magazynu on-line theROOM. Kulturoznawca, design manager, dziennikarz. Jej teksty i wywiady o designie i food designie publikują magazyny K MAG, Kukbuk, Design Alive.
____________

Dorota Koziara studio
Alzaia Naviglio Grande 42
20144 MilanoItaly
e-mail: info@dorotakoziara.com
www.dorotakoziara.com

 

wizytówki

Komentarze:

loading
Nikt jescze nie skomentował tego artykułu.
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.