Reklama

wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY
30 grudnia 2015
wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY

"W Polsce Świat po nikogo nie sięga" - z Robertem Majkutem rozmawiają Urszula Kałużna i Zdzisław Sobierajski

„Złe wystawy i publikacje, robią dużą krzywdę polskiemu wzornictwu.”

Cyt.: Nie pokazujemy designu. My pokazujemy wytwórczość projektantów, która jest konsekwencją tego, że oni nie mają szansy współpracować z realnym biznesem. Uciekając od bezrobocia, od braku pieniędzy, szukają alternatyw. To jest naturalne: nie mają pieniędzy, więc ich produkty są proste, łatwo dostępne i wykonane z tanich  materiałów.

Robercie. W różnych szkołach tworzone są wydziały wzornictwa na „kierunkach zamawianych”, a większość absolwentów już istniejących Akademii nie wie co ze sobą robić w życiu…

Do końca nie wiem, czy to jest grzech tych chcących się uczyć ludzi. Mam wrażenie, że jest to problem komercjalizacji ich umiejętności. Jest gigantyczna przepaść między potrzebami przedsiębiorców, a ilością projektantów i ich przygotowaniem. Z jednej strony zazwyczaj przedsiębiorca nie widzi potrzeby zatrudniania specjalisty od projektowania. Tak jak nie widzi potrzeby zatrudniania specjalisty w bardzo wielu różnych innych dziedzinach. On: nie wie że nie wie. Dzieje się tak ponieważ nie mamy wypracowanej kultury ufania w wyspecjalizowany profesjonalizm. To z drugiej strony generuje sytuację, w której projektanci jak już dostaną zlecenie, to chcą od razu pokazać wszystko co potrafią i co chcieliby zrobić. Chcą wyżyć się projektowo i zaspokoić się finansowo. Bo zlecenia dla nich są tak rzadkie, że muszą nadrobić zaległości. Takie projekty robią się drogie i absurdalne. Między innymi z tego powodu nasz rynek nie jest wyrównany. On się nie toczy naturalnie. Stąd się rodzi wiele szkodliwych zatorów, bo rynek nie ma płynności: projektowej, finansowej i czasowej. Nie ma przepływu wiedzy, nie ma przepływu doświadczeń i nie ma zbudowanej hierarchiczności i ewolucji umiejętności i kompetencji. To jest główny powód, że ten rynek tak wygląda. Dlatego mamy w Polsce dwa designy. Jeden freestylowo-festiwalowy, a drugi mniej widoczny, który gdzieś tam się realizuje normalnie na rynku komercyjnym.

Czyli projektów komercyjnych nie widać, bo robią je ludzie, którzy nie zabiegają o widowiskowość?

Nie zgodzę się z tym, że nie zabiegają. Takie projekty po prostu nie są interesujące dla promotorów polskiego wzornictwa - bo są problematyczne. Bo autorzy takich projektów wymagają konkretów i profesjonalizmu. A tego w ofercie promotorów designu często nie ma. Dodatkowo za takim wdrożonym designem, naturalnie stoi jakaś firma, marka bo to jest oczywiste w komercyjnym projektowaniu. A promotor chce promować design, a nie jakąś tam markę. Absurd najczystszej postaci… Inny przykład: Instytut Adama Mickiewicza, jest instytucją która organizuje i podpisuje się pod wieloma wystawami. Niektórzy kuratorzy tych wystaw, kierując się własnymi sympatiami - co jest zrozumiałe - zbyt często robią selekcję projektów na zasadzie: łatwo to ogarnąć (małe rzeczy, łatwy transport, tanie ubezpieczenie, więcej opisów niż eksponatów, brak posądzenia o promocję wybranej marki...). Można się z autorami szybko dogadać, bo to twórcy-wytwórcy. Nazywam je, od skali tych wystaw, “walizkowymi”. Nie są to reprezentatywne projekty dla kondycji polskiego designu. Ale może to wynika z tego, że IAM to instytucja promocji kultury a nie biznesu. W wypadku designu to może być fundamentalne pomylenie. Pewnie, że każdy autor chętnie pojedzie na wernisaż na drugi koniec świata. Ale kto za to płaci i po co? Jakie są realia biznesowe takiego wyjazdu? Bo design to biznes. Autorom tych wystaw powinniśmy zadać pytanie: „Co Wy zrobicie, żebym ja chciał inwestować swoje pieniądze w waszą wystawę i moją na niej obecność? Albo, jeżeli Wy płacicie za mój przyjazd, to do czego ja jestem zobligowany? Jakie są nasze wymierne cele na miejscu?”. I tu się zaczynają schody. Profesjonaliści z poważnymi projektami chcą konkretów i opłacalności takich działań - bo drogie i trudne eksponaty muszą przywieźć sami. Często to koszt kilku – kilkunastu tysięcy USD. Dlatego ich tam nie ma. Bo jest w kraju wielu takich, co się wcale nie pytają. Dadzą wystrugany z drewienka gadżet w szmacianym woreczku. Mówią „zawieź” i tyle… I już jest kolejna zagraniczna wystawa pokazująca osiągnięcia polskiego designu i wpis w biografię.

Na zagranicznych wystawach można w kółko oglądać produkty tych samych ludzi. Czy nasz rynek podzielony jest na, jak to nazwać… koterie, towarzystwa, kliki?

Koterie niech sobie będą, wszędzie są, ale brakuje czegoś, co jest jakąś nadrzędną miarą rzetelności. Podam przykład: mamy taką oto sytuację, która trwa już od wielu lat: miałem spięcie z redaktor naczelną 2+3D, o to w jaki sposób olano naszą firmę, z jej zrealizowanym, dwudziestoletnim dorobkiem, przy opracowaniu publikacji: "Zaprojektowane. Polski dizajn 2000–2013" (autorstwa Czesławy Frejlich i Dominika Lisika - przyp.red.) – mówiącej o najważniejszych projektantach polskiego designu z XX i XXI wieku. To, że nas 2+3D nie zauważa od zawsze, mało mnie obchodzi - bo to marginalne wydawnictwo, a ja mam całą półkę zagranicznych książek i poważnych magazynów, gdzie są nasze projekty. Ale te dwie książki mają pretensje do bycia reprezentatywnym przeglądem osiągnięć polskiego designu ostatnich dwóch dekad. Tak są promowane i przedstawiane. Nie ma nas w nich, choć jesteśmy jedną z najdłużej działających firm designerskich w Polsce. Nie ma tam ani jednego naszego projektu ani z zakresu wzornictwa, grafiki czy wnętrz. Przynajmniej część ludzi, o których autorzy wspominają w tych książkach, to są designerzy, którzy byli w podstawówce jak wdrażaliśmy pierwsze projekty. Czasem twórcy, których dorobek można zgarnąć w kieszeń lub czapką zakryć, którzy w całym swoim portfolio mają mniej projektów wzorniczych niż my robimy czasem w jedynym, dużym projekcie wnętrz. I miałbym to absolutnie gdzieś, bo mnie indywidualne wybory i fochy redaktorów generalnie wiszą. Ale wkurzam się gdy słyszę, że to jest reprezentatywna dla polskiego designu selekcja robiona przez profesorów od designu. To jest nierzetelne, nieuczciwe i nieakceptowalne jak na akademickie standardy. Wtedy staje się to dla mnie sprawą ważniejszą niż moje osobiste antypatie. Budzi to mój sprzeciw.

Mam bardzo podobne wrażenie. Jeden z projektantów wyróżniony w tej publikacji, w swoim portfolio, po 16 latach pracy, pokazuje swoją pracę dyplomową, dwie scenografie wystaw i dwie realizacje. Jakąś drukarkę i kamerę termowizyjną. Jest wykładowcą akademickim, który uczy następne pokolenia projektantów. Po 16 latach, ma dorobek porównywalny z jednym kwartałem pracy komercyjnego dizajnera.

To jest prawda. Ale z drugiej strony ta książka utrwala, powtarzane jak mantra, przekonanie że taki jest obraz polskiego designu, jaki kreują autorzy takich subiektywnych publikacji. Mają do tego prawo aby sobie takie wydawnictwa robić, ale niech nie okłamują ludzi ich reprezentatywnością. Znam wielu wspaniałych projektantów, którzy nie będą się pchali do takiego wydawnictwa. Nie znalazło się tam wiele znakomitych, co więcej - wdrożonych projektów konkurujących na międzynarodowych rynkach. Zresztą pytałem kilkukrotnie o powód takiej eliminacji, ale nigdy nie dostałem odpowiedzi. Sorry ale tak się nie robi - to dyskredytuje twórców takiego wydawnictwa, a nie tych pominiętych. I w tej chwili ta odpowiedź już mnie nie interesuje. A ja przecież wiem, że to nie jest łatwe, bo sam też uczestniczę w różnej skali wielu przedsięwzięciach w Polsce i na Świecie - od Stanów po Chiny. Teraz chociażby jako juror w Future Living Award czy np. w EcoMade. Tam zdarzają się rzeczy, że ręce idzie załamać, ale zdarzają się też bardzo świadome, bardzo ciekawe projekty. Wiem, że kształtowanie w ten sposób kierunków i wskazywanie wartości to jest orka na ugorze. Żeby budować rzetelne profile tego typu imprez i wynikających z tego wskazówek trzeba bardzo precyzyjnie podawać kryteria, wskazywać obszary, by ludzie właściwe to rozumieli. Wyróżniać realne osiągnięcia. Oczekuję więc od siebie i innych jasnej granicy: co robię, dlaczego i jak określam swoje wybory. To nie jest intelektualny luksus tylko kuratorska przyzwoitość. Niestety w publikacjach o polskim designie dominuje koteryjność i zieje przez to straszną, powtarzalną nudą. Nie ma żadnych kryteriów np. jakościowych czy wdrożeniowych. Kryterium istotności. Znacznie częściej znajduję ją w wolnych od takich wpływów niezależnych mediach jak np. polskim Labelu.

Ja też mam wrażenie, że nie ma zasad. Popatrz na bardzo medialny konkurs MustHave! Tam zdążają się dobrze zaprojektowane produkty, które są wymieszane z bibelotami.

Niezwykle nierówny miks projektów i ich zaawansowania. Jest to typowe na wystawach pokonkursowych, ale nie powinno być w werdyktach jury. A pewnie masz na myśli nagrodzony produkt Bartosza Muchy? Ja mam wrażenie, że Bartosz Mucha jest najszczęśliwszym gościem w Polsce. Wiesz dlaczego? Ponieważ cała jego praca, a obserwowałem go od jego dyplomu, to jest jeden, wielki, przemyślany i krytyczny żart, którego ludzie nie kupili. Ludzie to wzięli na serio! Pamiętasz jego duporet pokazany jako przedmiot do klęczenio - leżenia? Czy goldbrick? To są rzeczy, które były designem krytycznym, a ludzie to kupili jako śmieszne gadżety. I to mnie zastanawia i dziwi, że nikt nie zobaczył w tym głosu krytycznego tylko nowe sprzedajne przedmiociki. Chyba, że ja czegoś nie skumałem.

Ale co takie produkty robią w finałach konkursów na polski dizajn?

Idą za ciosem. Popatrz na stronę Bartka Muchy (http://poor.pl/). On to inteligentnie rozwinął, ma tylko kilkanaście prac i w życiorysie spis treści wszystkich wystaw i konkursów jakie są organizowane. On jest wszędzie.

Bo jego dzieła łatwo spakować w pudełko i wysłać? Mucha jest wykładowcą na Wydziale Wzornictwa Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie gdzie uczy młodych ludzi jak należy projektować. Może to jest właśnie performens na miarę jego możliwości?

On może być bardzo ciekawym wykładowcą. Ale jest pytanie o to co ci ludzie tam robią? Jak on ich uczy i kształtuje? W jaki format designu kierunkuje? Jest na warszawskiej Akademii człowiek, który podczas konferencji Fair Design zrobił fenomenalny wykład o nieróbstwie. To jest ta sama kategoria dyskursu co Bartosz. Jak ktoś nie złapie o co chodzi, to myśli, że to jest wykład o tym, że istnieją przerwy między robieniem „czegoś”. A ktoś kto złapie i zatrybi całą sytuację, to zrozumie znacznie więcej z mechanizmu, który kształtuje naszą produktywność, a z drugiej strony wpływa na to, jak rzeczy powstają - nie zawsze w sposób programowy. Potrzeba bardzo dużego dystansu do siebie samego i tego co się słucha i co się widzi, jak się reaguje i jak się rozumie siebie w procesie.

Czy my potrafimy skutecznie informować Świat o polskim designie produktowym? Jakie widzisz różnice w stosunku do zagranicznych metod?

U nas jest albo kampania sukcesu, albo hejt. Na świecie jest cały zestaw mechanizmów, które skalują i regulują tworząc trzon opinii. Z jednej strony - to odpowiedzialne i krytyczne dziennikarstwo. Takie, które też uczciwie nie ukrywa swoich sympatii. Nawet jak przyjrzymy się tak ważnym wydawnictwom, z punktu widzenia kreowania trendów rynkowych, jak: Wallpaper* Magazine, Frame czy Icon  - to są niezwykle szowinistyczne, radykalne w swoich wyborach wydawnictwa. Nie wstydzące się tego, że lansują tych, a nie innych, pomijając nawet całe kraje. Frame bardzo rzadko pisze np. o Wschodniej Europie. U nas, z jednej strony mamy brak takiego przenikliwego krytycznego dziennikarstwa i tej dojrzałości, która jest tam. Dziennikarstwa, które może sobie pozwolić i skutkować nawet takimi szowinizmem. A z drugiej strony dużego dojrzałego rynku, który kształtuje i warunkuje obraz designu naznaczony wybitnymi wdrożeniami i skalą osiągnięć biznesu w tym osadzonym, który byłby dla subiektywności dziennikarstwa naturalną przewagą opartą w cyfrach. Amika, Zelmer czy Pesa to jeszcze zdecydowanie za mało.

Czy to wynika za specyfiki rynku?

Tak. Np. kraje starej unii mają dojrzałość rynku, której my nie mamy. Nie mamy też pieniędzy, odwagi i głodu Azji. Niedawno na Audio Video Show spotkałem się z przedstawicielami pewnej europejskiej firmy, która znana jest z produkcji wysokiej jakości kolumn głośnikowych. Po raz pierwszy w swojej historii zdecydowali się zainwestować w słuchawki. Budżet całego przedsięwzięcia, włącznie ze zleceniem projektu Pininfarinie (któremu zapłacili ponoć 1 milion EUR), wynosił 3 miliony EUR. I to się dzieje w firmie, która robi bardzo wnikliwą analizę: czego na rynku brakuje, czy mają szansę na wejście w odpowiedniej skali produkcji i sprzedaży. Jak po tych analizach decyzja już zapada, to się wykłada masę kasy, inwestuje i to musi się zwrócić po dwóch latach, może po trzech. To jest ich perspektywa budżetowa, pewna konsekwencja w działaniu i know-how. Nagle się okazuje, że zlecenie projektu za milion Euro może się opłacać. Za jedną parę słuchawek. To jest tzw. “koń pociągowy” dla innych już bardziej ekonomicznych produktów.

Mówimy też o tym, że biznes ma tam pewną cierpliwość i dojrzałość, żeby realizować tak dalekosiężne plany. Ale oblicza to w sposób dojrzały. Nie na zasadzie: zrobimy sto, a jak sprzedamy to później zrobimy dwieście. Od razy planuje sprzedać np. kilkadziesiąt czy kilkaset tysięcy słuchawek w przeciągu określonego czasu.

Inwestor europejski myśli w kategoriach globalnych. Dla niego wyprodukowanie 5-ciu czy 10-ciu tysięcy egzemplarzy jakiegoś urządzenia to jest seria rozruchowa. Ale pamiętaj, że wiele firm w Polsce nie ma przebicia na rynek globalny. Dla nich to jest czasami nawet kilkuletnia produkcja. Projektując dla polskich firm, musimy pamiętać o specyfice skali, gdzie jesteśmy i jak sprzedajemy. W 2007 roku napisałeś, że Polska jest projektową pipidówka. Czy coś się zmieniło przez te 8 lat?

Po pierwsze nie zgodzę się że nie mamy dostępu do rynku globalnego – mamy taki sam jak wszyscy – zobacz na Solarisa czy naszego Whaletone’a – klienci są od Hong Kongu przez Azerbejdżan po Arabię Saudyjską, Europę i Amerykę. A odpowiadając na pytanie - obraz się skomplikował, ale nadal jesteśmy pipidówką. Nie jesteśmy liczącym się partnerem pomimo tego, że cały świat klepie nas po plecach. Jesteśmy pożytecznym dostawcą, działającym na wielkiej skali z małą marżą, ale poddostawcą - wytwórcą. Nadal, w ujęciu globalnym, w zakresie designu jesteśmy trzeciorzędnym partnerem. Niech nie zwodzą nas hurra-auto-peany na temat naszych sukcesów. Zwłaszcza tych światowych. Pisanych o wystawach polskiego designu, najczęściej przez ich autorów. Liczą się realne, wymierne skutki. O największych, rzeczywistych sukcesach szersza publiczność nawet nie wie. Są wyjątki: pojedynczy ludzie wyłowieni głównie przez przemysł motoryzacyjny i pojedynczy projektanci, którzy sami weszli w Świat. Ale musimy pamiętać, że to oni weszli w Świat, a nie Świat sięgnął po nich. W Polsce Świat po nikogo nie sięga albo bardzo, bardzo rzadko. Póki co.

Prezentacja polskiego wzornictwa The Spirit of Poland na wystawie Pure Talents towarzyszącej targom IMM Cologne 2014 w mojej opinii była dużym nieporozumieniem. Strefa Pure Talents prezentuje postacie wschodzących projektantów i studentów. Jak miały się do tego prezentowane przez The Spirit of Poland projekty Marka Cecuły, czy fotel RM58 zaprojektowany przez Romana Modzelewskiego? Co sądzisz o takiej promocji polskiego wzornictwa na wystawach zagranicznych.

Jeżeli eksportujemy wystawy i promocje polskiego designu jakie eksportujemy - to zagraniczni inwestorzy nie mają po co sięgać. Bo nie wiedzą, że u nas są ludzie do współpracy. Czasem od zagranicznych partnerów słyszę: „To u Was się takie rzeczy robi? Projektujecie jachty dla katarskich księżniczek? I odrzutowe samoloty? I fortepiany? I drony? Roboty i łaziki na Marsa”. Złe wystawy robią dużą krzywdę polskiemu wzornictwu.

Czy autorzy promocyjnych wystaw zwykle tylko pokazują zamiast komunikować? Jak widzisz poziom komunikacyjny polskiego wystawiennictwa?

Przede wszystkim ja mam wrażenie, że my nawet nie pokazujemy designu. To jest moja podstawowa teza. My pokazujemy wytwórczość projektantów, która jest konsekwencją tego, że oni nie mają szansy współpracować z realnym biznesem. Uciekając od bezrobocia, od braku pieniędzy szukają alternatyw. To jest najprostsze wytłumaczenie. Nie mają pieniędzy więc ich produkty są proste, łatwo dostępne i wykonane z tanich  materiałów. Dorobiony jest do tego lansujący eko bełkot, dołączona spolegliwość autora, parcie na zaistnienie i mamy gotowy miks.

Masz rację, a w dodatku są to często marki jednego lub kilku produktów. To jest stanowczo za mało by mówić o jakimkolwiek biznesowym modelu działalności gospodarczej. Czy są jakieś szanse na poprawę ich sytuacji?

Trzeba odczarować design z jego “czarowności”. On przy swoim permanentnie rozszerzanym spektrum zagadnień, którymi się zajmuje, musi pozostać metodologicznie ważki, spójny, przewidywalny i profesjonalny. Musi powstawać po coś. Niedawno na Politechnice w Mediolanie usłyszałem od profesora Francesco Zurro, że współczesny design to nie jest sprawa techniki tylko etyki. Odpowiednią hierarchię i profesjonalizm oferty rynkowej budują: dobre procesy i organizacja, kompetencje i doświadczenie. To jest u nas jeszcze nie wypracowane. Zarówno po stronie środowiska projektowego jak i biznesu, który zanim nauczył się z designerami współpracować już się do nich zniechęcił. Ale trzeba też przyznać, że często zrobił to - sięgając po tanie projektowanie. Tanie projektowanie, to brak wiedzy do sprzedania, więc skutki są jakie są. Potrzeba nam dojrzałości, budżetów, dopasowania wyzwań do kompetencji i skali umożliwiającej stworzenie marginesu na eksperymenty. I zrozumienia, że trzeba sięgać po ludzi najlepszych na jakich nas stać. A biznes powinien przestać kłamać, że na to nie ma kasy. Straszną kasę wydaje na bzdury bez wahania. Zaprasza celebrytę na poprowadzenie firmowej imprezy za 20 tys. za wieczór, a do upadłego będzie negocjował ułamek tej kwoty za wstępne koncepcje kluczowego dla firmy produktu.

A czy widzisz możliwości, by w Polsce wykształcić grono profesjonalnych designerów zarabiających duże pieniądze i wspierających rozwój gospodarki? Co poradzisz młodemu człowiekowi, który dzisiaj wybiera się studiować design na tzw. „kierunku zamawianym” w polskiej uczelni?

Profesjonalizm polskiego designu stale wzrasta. Tak jak jego historia. Nie mam wątpliwości co do rosnących kompetencji i doświadczenia wielu projektantów projektujących na najwyższym światowym poziomie. Szkoda, że wydają się za mało zagospodarowani przez polski biznes, który tego nie potrafi do końca wykorzystać i zapłacić za to godziwe pieniądze. Pieniądze w firmach są, ale brakuje pewności, że tak trzeba i że to się opłaca. Brak jest partnerstwa, przestrzegania reguł i płaszczyzny na wystarczająco profesjonalnym poziomie współpracy. Po obu stronach. Powoli to się wykształtuje, ale nie w oparciu o rzemieślnicze fizdrygałki. Bo ktoś kto chce produkować koparki lub meble ogrodowe nie zaprosi do współpracy twórcy lampek z kartonu.

Młodzi ludzie zaś muszą przy tym pamiętać o rzeczywistym i funkcjonalnym znaczeniu designu jako elementu większej całości, a nie znaczenia samego w sobie. Koniecznej drodze zbierania doświadczeń i potrzeby wnikliwości w analizowaniu wszelkich zjawisk kształtujących doświadczenie, które wraz z pewnością przychodzi w czasie. No i o tym,  że rynek to też biura zapełnione projektantami “na rozwoju”. A najlepszych, z sukcesami biznesowymi, zawsze jest i będzie niewielu.

Robercie. Dziękujemy za rozmowę i już teraz wpraszamy się na kolejną.

_____________________

Info: Robert Majkut należy do najważniejszych europejskich designerów. Aktywnie działa na rzecz propagowania dobrego designu. Gościnny wykładowca na uczelniach artystycznych, juror w konkursach, moderator i ekspert w dziedzinie projektowania, cytowany w prasie polskiej i zagranicznej. Od roku 1988 związany jest ze sztuką jako grafik, artysta malarz i instalator. Robert Majkut jest jednym z najbardziej cenionych projektantów. Wielokrotnie wyróżniany za swoją pracę, m.in. w 2002 roku utytułowany przez British Council wyróżnieniem „Rising Star”. Nominowany do Elle Style Awards w kategorii „Dobry Design”. W 2011 roku redakcja magazynu Brief umieściła Roberta Majkuta w rankingu 50. Najbardziej kreatywnych w biznesie. W Londynie, w roku 2015 projekt wnętrz Multikino Złote Tarasy, został nagrodzony w The European Property Award jako najlepszy w kategorii Leisure Design.

www.design.pl

www.whaletone.com

 

wizytówki

Komentarze:

loading
Panie IgnacyF. Bardzo Pana proszę o przytoczenie konkretnego przykładu "bełkotu" i sprzeczności o których Pan pisze. Pana współpraca w tym zakresie pomoże mi podnieść poziom kolejnych wywiadów. Pomoże Pan? Bez Pana wsparcia w tym obszarze nadal nie będą miał szans na spełnienie Pana oczekiwań.
skomentowany przez    Zdzisław Sobierajski    03 styczeń 2016, 00:11 obserwuj post
A może by tak z nazwiska się podpisać Panie IgnacyF, jak już podejmuje się polemikę? I może wykazać te sprzeczności, które się zarzuca? Inaczej to są puste słowa. :-)
skomentowany przez    Zdzisław Sobierajski    01 styczeń 2016, 11:13 obserwuj post
(...) zupełnie nic OPRÓCZ TEGO, że pan (...)
skomentowany przez    ignacyF    31 grudzień 2015, 14:20 obserwuj post
Cóż za nieprawdopodobny bełkot. Sprzeczność goni sprzeczność i nie wynika z tego zupełnie nic, że pan Robert jest ogolnie sfrustrowany i nie lubi jakiejś gazety, która go olewa.
skomentowany przez    IgnacyF    31 grudzień 2015, 14:18 obserwuj post

Reklamy

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.