Reklama

wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY
13 września 2016
wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY

O jakości edukacji i korzyściach z wygrywania konkursów z Krystyną Łuczak-Surówką rozmawia Zdzisław Sobierajski

Karierę trzeba sobie zaprojektować już na studiach

Zdzisław Sobierajski: Krystyno. Dzisiejszy rynek pracy absolwentów wzornictwa to są tysiące dizajnerskich mikrofirm i niszowych marek. Obserwuję, że ci projektanci, którzy nie mają sukcesów w relacji z gospodarką, zakładają swoje własne marki produktowe. Jak oceniasz takie działania? Czy firmy dizajnerów mają sukcesy?

Krystyna Łuczak-Surówka: Niektórym się udaje. I dobrze. Myślę jednak, że to nie jest strategia dla wszystkich na życie. I dla tych, którym się udaje bywa to momentem przejściowym. Na pewno na tym etapie długo nie zostają. To jest taka rzecz, którą staram się młodym projektantom uświadamiać, gdzieś przestrzec. Tak naprawdę to oni muszą wiedzieć co chcą robić za rok, za pięć lat. Gdzie siebie widzą. I czasami wiąże się to z tym, że podejmuje się drastyczne decyzje paru kroków wstecz, ale wtedy się wie, że za te 5 lat coś może wydarzyć. Oczywiście nie musi. Samo się nie zdarzy, jeżeli czegoś nie zrobimy. Nie bez znaczeniu jest tu też fakt, że współpraca polskich uczelni z przemysłem jest nieduża. Tymczasem dla wzornictwa przemysłowego jest to kluczowe, a przykłady tego jak to się robi są naprawdę blisko. Wystarczy wymienić Bratysławę. Oczywiście powiesz, że jest tam gwiazdorski wydział transportu, gdzie są dwie duże marki, poważni sponsorzy. kiedy jedna z ambasad potrzebuje nowych projektów na identyfikację wizualną czy gadżety z konkursem na projekt zwraca się do szkoły. Poza nagrodą finansową jest wdrożenie produktu. To są rzeczy, które są dla studentów atrakcyjne. Konkursów w Polsce też odbywa się coraz więcej. Czasami nagrodą jest gratyfikacja finansowa taka, że można pomyśleć o wdrożeniu produktu, który się już wymyśliło. Niestety tu też bywa tak, że łatwo popaść wtedy w jakąś kalkę. Że będziemy to robili do końca życia. Można wypuścić kilka produktów – bo jeżeli one chwycą i się udadzą zyskujemy pewien kapitał i mamy strefę komfortu. Po to, żeby spróbować nauczyć się czegoś innego. Nie można jednak zatrzymać się na takim etapie. Trzeba szukać siebie. Cenię takich młodych projektantów jak np. Daria Piotrowska, moja była studentka z Łodzi. Najpierw podejmowała różne działania. Kiedy wygrała Young Design IWP wypatrzył ją producent mebli. Zaproponował jej pracę. Rok później jak się spotkałyśmy na rozdaniu nagród w IWP, to pogratulowałam jej trzech wdrożeń mebli. Była zdziwiona, że o tym wiem. Powiedziała, że to było bardzo ważne doświadczenie i w tej chwili chce podjąć decyzję co będzie robiła dalej. Jak rozmawiam z takim projektantem to od razu robię się spokojna. To jest osoba myśląca i świadoma, która szuka swojej własnej drogi. Daria ma na swoim koncie wiele projektów. Sama mówi, że musiała w ciągu tego roku nauczyć się pokory. To była ogromna lekcja dla niej. Myślę, że po tym roku, który był dla niej bardzo intensywny, chciała zobaczyć wszystko co do tej pory zrobiła z pewnej perspektywy. I idzie dalej swoją droga. I robi to bardzo dobrze. To też pokazuje, że w designie – i to musi wyróżniać sylwetkę projektanta – niezwykle istotna jest świadomość. Świadomość tego dla kogo się projektuje, po co się projektuje, co się chce projektować. I to nie jest takie myślenie jak studenci pierwszego roku – bo design to sztuka, a oni będą wielkimi artystami bo zaprojektują wielkie rzeczy, coś co przyniesie im sławę na resztę życia. Takie podejście na szczęście pojawia się czasami i tylko na pierwszym roku (śmiech).

Pewnie wielu chce być jak Karim Rushid.

No prawie… ale na 3-cim roku już widać zmiany i nasze rozmowy są zupełnie inne. Pierwszy rok to są pewne dyskusje. Jest to rzucanie pewnych tematów, rzeczy na żer. Ale oni sami muszą obie przepracować. Na 3-cim roku już myślą inaczej. Ale najfajniejsze jest jak kończą studia i np. w pracy teoretycznej moja dyplomantka napisała – że jak zaczynała studia to myślała tak i tak, a teraz jak je kończy to ma pełną świadomość, że chce zaprojektować dobry produkt, który będzie miał pełne oddziaływanie na życie ludzi. I to jest ta kwintesencja przemiany, która oczywiście nie dokona się w każdej jednostce. Do tego dochodzi to, co znamy z autopsji. Żeby wiedzieć co chcemy robić potrzebujemy jeszcze paru lat po studiach.

Może młodym projektantom wydaje się, że projektowanie produktów to jest coś co wystarczy umieć, a nie wiedzą że to jeszcze trzeba rozumieć. Rozumienie jest podstawą projektowania, a to przychodzi wraz z doświadczeniem.

Myślę, że młodość jest obarczona pewnymi plusami i minusami. Pamiętamy jak sami byliśmy młodzi. Nie czytam swoich dawnych tekstów, bo mogłabym to odchorować (śmiech). Ale jest to oczywiste bo się zmieniłam. Młodość jest obarczona idealizmem. Swój własny wymarzony zawód idealizujemy. Pokory nabiera się kiedy popełniamy błędy. To jest też taka rzecz o którą ja mam, myślę że uzasadnione, pretensje do polskiego systemu edukacji. A uczestniczę w tym ostatnim ogniwie – czyli rozmawiam już z dorosłymi ludźmi. Ale to dzieje się już od przedszkola. Uczymy nasze dzieci – że błąd jest złem. Owszem to nie jest tak, że błąd jest sukcesem od razu. Natomiast karanie za błąd, mitologizowanie tego powoduje, że już właściwie od dziecka pozostaje nam to, że boimy się błędu. To nam zostaje już jak jesteśmy dorośli i powoduje, że większa część osób nie zaryzykuje. Wybierze bezpieczną wersję. Bo się będą bali.

Może dlatego przedsiębiorcy wolą zrobić kopie znanych produktów, niż ryzykować opracowania i wdrożenia nowych?

Zawsze mówię studentom czy młodym projektantom, że to nie jest łatwa droga jaką się robi karierę. Zawsze to powtarzam. Czas studiów to jest najlepszy moment, żeby popełnić najwięcej błędów. Bo w gruncie rzeczy za te błędy oni wtedy niewiele zapłacą. Za brak doświadczenia zapłacą później. W realnym życiu.

Zapłacą brakiem renomy i brakiem zamówień na swoje projekty?

Pracując zawodowo robią błędy, których nie zrobili wcześniej. Jeżeli nie popełnią jednego czy drugiego błędu to nie nauczą się pozytywnej wartości, która jest jeżeli się mylimy. Bo każdy z nas się martwi jak mu coś nie wyjdzie, cokolwiek by to nie było. Później robimy sobie bilans. Pierwszy dzień i drugi jest bolesny, a potem nam wychodzi, że się czegoś na tych błędach nauczyliśmy. I to jest lepsza nauka niż gdy mamy 5,0 w indeksie. Oczywiście możesz mi zarzucić, że to niepedagogiczne (śmiech), ale po kilkunastu latach uczenia studentów, po obserwacjach rozwoju ich karier oraz na podstawie doświadczeń własnych wiem, że taka jest prawda.

Cały rozwój technologiczny polega na tym, że popełnia się błędy, analizuje je i robi się coś inaczej. Lepiej.

Historia uczy, że z wielu tzw. błędów wyszły rozwiązania, które stosujemy do dzisiaj… Lustro, które składa się z warstwy srebra przykrytej szkłem i zabezpieczonej  z tyłu lakierem. Najpierw była woda, później kamienie szlifowane. Przed nami stoi cukierniczka. Można się w niej obejrzeć.  Oczywiście metal musi być wypolerowany, W gruncie rzeczy Rzymianie, jak to Rzymianie, w pewnym momencie zaczęli myśleć czym można by pokryć metal, żeby nie trzeba było tak często polerować i dołożyli szkiełka. I trochę z przypadku wyszło lustro jakie znamy do dziś.

Żarna, podobno wymyślił nasz praprzodek, gdy poobijał sobie palce tłukąc ziarenka kamieniem. Wiele nowych produktów  rodzi się z przypadku, z lenistwa albo z popełniania błędów.

Dlatego powtarzam, że warto się pomylić, jakkolwiek jest to dla nas bolesne. To bardzo często nie jest dla nas porażką. Na pewno to jest lekcja. A czasami może się okazać, że jesteśmy ją w stanie przekuć na sukces.

Prace studenckie, to zwykle prace nierynkowe. Nie nadają się do pokazania przyszłemu pracodawcy. Powiedz, jak to zjawisko widzisz w projektach w których studenci uczą się w trakcie 5-cio letnich studiów licencyjnych i magisterskich? W ostatnich latach powstało ponad 20 wydziałów wzornictwa na tak zwanych „kierunkach zamawianych”.

Co do tych nowo powołanych myślę, że to jest za krótki okres, nie chciałabym się na ich temat wypowiadać. Jeżeli chodzi o Akademie to myślę, że wszystkie wydziały mają blaski i cienie. Ja mam swoje uwagi, które wielokrotnie mówiłam, one nie bywają popularne, bo zdarza mi się usłyszeć od koleżanek i kolegów, że przecież ja jestem teoretykiem nie projektantem. Staram się przy okazji przyglądać jak działają system edukacji gdzie indziej. To mnie interesuje od samego początku. System brytyjski bardzo mi odpowiada. To jak wyglądają tam zajęcia. I współcześnie i nawet kiedyś. Warto korzystać z rozwiązań, które są dobre. Na wielu uczelniach i wydziałach robi się krótkie projekty. Nasi studenci wracają z bardzo pozytywnymi doświadczeniami ze stypendiów. Wielu profesorów to docenia, ale są też tacy, którzy potrafią powiedzieć, że ci studenci wrócili zmanierowani.

Może taki osąd wynika z tego, że studenci wracają, mają nowe doświadczenia i podnoszą swoje wymagania w stosunku do profesorów?

Myślę, że nie zawsze mogą te wymagania do końca sformułować. To nie dotyczy wszystkich kierunków i wszystkich studentów. Na wielu kierunkach kadra jest dobrze wykwalifikowana, tzn. ja bym to oceniła, że poza możliwościami, wiedzą merytoryką – działają też na realnym rynku. Co dla mnie jest elementem nieodzownym. Gdybym ja przychodziła tylko na zajęcia. Nie publikowała. Nie zajmowała się czymś innym, to ja bym się sama nie czuła wiarygodna. Dlatego tak to oceniam. Ale są też metody, które delikatnie mówiąc pochodzą z przeszłości. W ogóle schemat uczenia projektowania powoduje pewne reperkusje. Np. to, że studenci dostając się na uczelnie już na pierwszym roku myślą, że będą artystami jak skończą studia. A ja myślę, że będą twórcami. Bo twórczość jest dla mnie czymś więcej niż sztuka. Mieści w sobie wiele.

Czy pojęcie twórcy można odnieść do kogoś, kto zaprojektował krzesło?

Tak, ja tak robię. Nie użyłabym słowa artysta jako synonim do projektanta, nie lubię też słowa designer. Ale jak się piszę tekst to żeby za często nie powtarzać słowa „projektant” szukam synonimu. Twórca to synonim projektanta. Twórcą może być też matematyk, który wymyślił nową teorię. Dla mnie pojęcie twórczości wiąże się kreatywnością. Ze stworzeniem czegoś co jest nową jakością. Na bazie tego co jest albo w kontrze. Projektant to nie artysta. Sztuka ma swoje ramy. Zresztą bardzo dobre. Myślę, że w nich powinna pozostać. Jest nam bardzo w życiu potrzebna. Sztuka ma swoje role, a design ma swoje role. W dodatku jest dosyć szeroki. Bo jest to projektowanie jednostkowe, projektowanie wnętrz, projektowanie produktu, który się wiąże z powtarzalnością czy seryjnością czy z produkcja masową, projektowanie graficzne. Jest to zawsze słowo, które wymaga doprecyzowania. To też jest taka rzecz, trochę ubolewam nad tym, że bardzo wielu projektantów nie wykazuje wzajemnego szacunku wobec własnej pracy. Jeżeli ktoś zajmuje się innym zbiorem w ramach tej rodziny to traktowany jest trochę niżej. Myśmy bardzo długo pracowali na to, tak jak był kiedyś podział na sztukę czysta i sztukę użytkową, że one były traktowane równolegle. Bardzo długo. Botticelli nie miał problemu malować na drewnianych płytach i wiedział, że to będzie  płycina boczna do mebla a nie obraz, który ktoś powiesi na ścianie.

Był wielkim artystą. Znał swoją wartość, więc malowanie ornamentów na meblach nie było dla niego problem.

Nie było. To był też ten moment w historii, kiedy artyści walczyli o to żeby ich zawód po raz pierwszy został uznany nie jako rzemiosło, tylko jako zawód wolny. To jest właśnie XV i XVI wiek i Włochy. Im się udało. Mało tego. Stworzyli pojęcie disegno. Oczywiście chodziło o zamysł, koncepcje, idee które warunkują powstanie dzieła sztuki. A potem zapis w postaci rysunku, który łączy i malarza i rzeźbiarza i architekta. Ale oni walczyli o ten status twórcy, kogoś kto jest wolny, a nie posiada tylko umiejętność wytwarzania wg ściśle określonych reguł. Z projektantem też tak dzisiaj nie jest. Oczywiście on musi mieć świadomość materiału i technologii. Musi korzystać z wiedzy technologów, którzy są w tym momencie ważnym partnerem do rozmowy. To się dzieje od dawna. To jest amerykański model designera - konsultanta. To nie zmienia faktu, że proces kreatywny jest niezwykle istotny. I ja tego nie przedkładam na to, że projektant zdecyduje jaka to będzie forma. Ponieważ ta forma wynika z bardzo wielu elementów. Nie tylko z funkcji.

Znam wdrożenia, gdzie stylizacja jest robiona na końcu.  Takie czasem są uwarunkowania materiałowe, technologiczne, biznesowe, rynkowe, dystrybucyjne, serwisowe.

Tak, bo to jest szereg decyzji, które się podjęło już w procesie projektowym. To są też decyzje ekonomiczne. Chcemy, żeby produkt był dostępny w takiej a nie innej półce cenowej. Jednocześnie są też decyzje, które projektant, nawet jak  ma już ogólny zarys tej formy podyktowany tamtymi elementami. Projekt musi być spolegliwy do użytkownika. My do wszystkiego musimy mieć ogromne instrukcje obsługi. Ale jest wiele sprzętów, w tym zaawansowane technologicznie, które umiemy obsługiwać intuicyjnie. I to jest dobrze zaprojektowana semiotyka produktu. Być może ludzie nie umieją tego zobaczyć i ocenić.  Typowy odbiorca nie jest w stanie tego zobaczyć. Ale on to docenia w procesie użytkowania. On tylko nie umie tego ubrać w słowa. Ale to jest ta praca projektanta, która z tym stoi. I to jest praca kreatywna. Ważna praca.

Kiedyś użyłem takiej definicji, że dobry produkt jest przyjazny. Czy wyraźnie zdefiniowany element przyjazności jest właśnie tym co w designie ma sens?

Ja mam taką metaforę, że dobry design jest jak przyjaciel. Możemy z nim spędzać bardzo wiele godzin tak jak z przyjacielem. Możemy siedzieć całą noc gadając, a możemy spędzić całą noc w ciszy i nikt nie poczuje się dyskomfortowo. Problem zaczyna się wtedy, gdy ktoś będzie nam chciał przyjaciela odebrać. I tak faktycznie jest z projektami, które lubimy np.: jak w pracy zmienią nam krzesło na którym lubimy siedzieć. Zdarzają się takie sytuacje. U siebie w pracy mam swoje rzeczy. Wolę posiadać coś z czym się czuję dobrze i wolę zrezygnować z nowego zamówienia – niech ktoś innych z kolegów weźmie. Wielokrotnie to obserwowałam. Lubię patrzeć na ludzi i ich reakcje. Mam swoje zboczenia zawodowe, jak każdy. Między innymi dość jestem związana z przedmiotami. Jeśli kot zbije mi wazon, unikatowy, no cóż uronię trochę łez  Mówię jednako innym rodzaju emocji. Takim, który się w kryje w danym projekcie. Jak wiem, jak znam jego historię to jest to proces bardziej złożony. Jak nie znam, to staram się ją poznać w miarę możliwości. Obserwuję moich przyjaciół, którzy często mają inny stosunek do przedmiotów niż ja. Ale okazuje się, że mają takie same emocje związane z przedmiotami, a nawet mocniejsze. Np. para, która do dzisiaj ma w sypialni taki mały, stary telewizor. I ten telewizor stoi tam nie dlatego, że go oglądają w sypialni. Teraz już zresztą na pewno nie działa. On tam stoi, bo to jest pierwszy telewizor, który sobie kupili. Stoi na zasadzie szafeczki nocnej i elementu, który jest ważny, związany z ich własnymi emocjami. Sytuacje, że zepsuje się nam sprzęt, którego używaliśmy i byliśmy zadowoleni. Np. okazuje się, że producent już go nie produkuje. I mamy ogromny problem z wybraniem nowego, nawet w ofercie tego samego producenta, dlatego, że tak dobrze współpracowało nam się np. z tamtym. Nagle się okazuje się, że byśmy zrobili wszystko żeby tylko mieć ten sam przedmiot. Oferta się zmienia. Życie produktu jest coraz krótsze. Kiedyś Peter Behrens zaprojektował czajnik bezprzewodowy tak, że był i piękny i miał nawet taki wzór niby puncowania, chociaż robiony maszynowo, to pierwszorzędna była funkcja i ekonomia. Grzałka która była wkładana do środka, w razie potrzeby wymienialna  wtyczka i kabel były na zewnątrz korpusu. Jeżeli zepsuł się kabel wymienialiśmy kabel, jeżeli grzałka wymienialiśmy grzałkę. Natomiast nie trzeba było zmieniać tej całej bryły czajnika, która zresztą była wzorowana na czymś, co już było. Bo nawet jak się tworzy nowe, to musi być jakiś pomost, który ludzie w sobie noszą. To nigdy nie jest totalne oderwanie od rzeczywistości. Więc ta forma czajnika, rączka opleciona, żeby się od metalu nie poparzyć, była unowocześnioną formą, ale znana i przyjazną. I do tego było to doprowadzone do produktu przemysłowego, produkowanego seryjnie, którym można było szybko zagrzać wodę dzięki wspaniałej wówczas i nowoczesnej elektryczności. Czyli cud techniki. No a dzisiaj to jest tak, że jak się nam zepsuje czajnik, najczęściej miesiąc po gwarancji, to możemy sobie go wyrzuć. Nic więcej nie możemy zrobić.

Powiedziałaś, że dizajnerka która wygrała konkurs Young Design, od jednego z jurorów dostała od razu propozycję pracy. Byłem raz jurorem w tym konkursie i wiem, że to jest typowa praktyka. Finaliści wychodzą z IWP z propozycjami pracy.

Patrząc na to jak teraz jest, tzn. jak trudno się dogadać różnym instytucjom z producentami, to jeżeli w jury konkursowym zasiadają przedsiębiorcy – to mają możliwość wglądu do portfolio Laureata. Bo przy wręczaniu nagrody jest ono prezentowane. Myślę, że wtedy nawiązał się pierwszy kontakt. Pewnie też kogoś szukał. A że okazała się być mądra dziewczyną, to ta współpraca się im dobrze ułożyła.

Wiem, że jest bardzo mało konkursów, w których przedsiębiorcy są jurorami. Jest bardzo dużo konkursów, gdzie są jurorami wykładowcy akademiccy i promotorzy designu. Oceniają według akademickich i publicystycznych kryteriów. Czy mamy dwa rodzaje konkursów w Polsce: te które warto wygrywać bo czeka praca w biznesie i te których wygraną można sobie wpisać w portfolio, ale nie ma z tego tytułu żadnych gratyfikacji?

Ja bym raczej widziała inny element, którego mi brakuje. Na uczelniach brakuje mi robienia krótkich projektów w grupach. To studentów wiele może nauczyć. Uczy ich nie tylko różnic kulturowych. Uczy ich szybszego podejmowania decyzji. W dwa trzy tygodnie maja zrobić brief zakończony prezentacją i obronić to przed całą grupą. Czyli opowiadają o całym szeregu decyzji projektowych. I grupa na ten temat dyskutuje. Czy uda im się wszystko czy część czy nic – to jest właśnie ten element dyskusji i wzajemnej nauki. I to jest też oceniane przez prowadzących. Czyli wkład pracy, nie tylko efekt końcowy. Uważam, że co najmniej jeden rok na studiach powinien być poświęcony na taki rodzaj otwarcia skrzydeł. I złapania takiej perspektywy, bo później w tym realnym życiu nie będzie semestru albo roku akademickiego, żeby zrobić projekt. Bywa też często tak, że ten końcowy projekt nie jest wdrożeniowy. Żadnego producenta nie stać na to, żeby historia trwała dwa lata. Nie oszukujmy się. Musimy pamiętać, że na takie studia przychodzą osoby, które nie mają żadnego przygotowania. Więc pierwsze dwa lata to jest praca u podstaw, którą koledzy i koleżanki robią. Ja to bardzo doceniam. Bo ci młodzi ludzie przychodzą często z wizją: „Będę artystą roku, zaprojektuję  klasyk designu, będę do końca życia leżeć i pachnieć”. To nie jest tak łatwo kogoś „złamać”, żeby nauczył się pokory. To, że od początku mówię wszystkim, że „forma wynika z funkcji” to jest po to, żeby po dwóch latach poszli dalej. Bo dopiero po tych dwóch latach gotowi są zobaczyć, że po tym zdaniu nie ma kropki, ale jest przecinek. Muszą najpierw dostać lekcje. Bo inaczej im się nie uda. Będą kończyli właśnie na tym, że będą sobie rysować. No będą artystami. W najlepszym wypadku to jest najlepsze co im się może przydarzyć. Że będą dekoratorami, stylistami… choć nie mam nic przeciwko tym zawodom.

Ale artysta zawsze wymaga mecenasa, a projektantowi wystawczy inwestor.

Tak. Tylko, że z inwestorem się współpracuje. I właśnie takie krótsze projekty, kiedy trzeba się dogadać z osobami które myślą inaczej, z którymi jest duża szansa, że będziemy się kłócić – uczą nas tego, że ktoś w grupie może mieć lepszy pomysł niż my i że gramy do wspólnej bramki. Więc uznajemy: dobrze Twój pomysł jest lepszy, ale będziemy go dalej wspólnie rozwijać.

Umiejętność pracy w zespole to rzadki przypadek u studentów i absolwentów. Kształcimy indywidualistów. Trudno takiemu człowiekowi zostać np. asystentem konstruktora. A przecież młody człowiek, powinien zaczynać pracę jako asystent konstruktora ds. estetyzacji produktu. Dopóki nie zgłębi technologii i metod produkcji, żeby mógł cały produkt wykreować sam nie jest jeszcze projektantem.

Znam osoby, które tak to traktują. Chcą się od kogoś dużo nauczyć. Ale ten brak tworzenia projektów w grupie w ogóle jest według mnie bezpodstawny. Profesorowie, którzy pracują na rynku przecież tworzą to w taki sposób. W swoich studiach projektowych często też zatrudniają studentów. Praca jest dzielona. Na etapy. Na współpracowników. I to jest normalne. W okresie studiów ludzie się poznają. Poznają swoje możliwości. Uczymy się najwięcej od innych. I mają też szansę uczyć się komunikatywności, która nie jest najprostsza. Tego, że nie liczy się tylko nasze zdanie, że nie jesteśmy wyrocznią. Artysta ma dużo większą wolność. To co robi jest właściwie uwarunkowane tylko tym co chce robić. W jakie ramy chce to wpisać, co chce przekazać. To ma ekshibicjonistyczne korzenie.

W przypadku artysty się zgodzę, ale przypadku projektanta produktu stanowczo nie. Designer nie ma komfortu tworzenia. Zwłaszcza designer produktowy ma przecież dostarczyć biznesowe rozwiązania, a nie kreować nowe problemy.

Projektowanie produktów, to nie jest tylko kwestia rozmowy z technologami, to jest kwestia rozmowy z podwykonawcami, z klientami którzy mówią innym językiem. To jest kwestia rozmowy z inwestorem, który wyśle nam na spotkanie pana od cyferek. A ja wiem, że rozmowa z panem od cyferek jest niezwykle trudna, bo on myśli cyferkami, a ja myślę merytorycznie.

Ale przecież wystarczy zaprojektować coś co będzie 10-15 złotych za drogie, żeby rynek zdyskwalifikował taki projekt i odrzucił produkt.

Dlatego należy, nawet jeżeli mówimy różnymi językami, starać się skomunikować i mieć respekt do tego, że każdy ma inne umiejętności. Nie jest to proste. Czasami okazuje się nie tylko trudne ale wręcz niemożliwe. Następnym razem wiemy już jakiego błędu nie popełniać. Dla osoby od cyferek istotna będzie rentowność. Dla nas istotne są argumenty, żeby na tym etapie wykazać:  „dobrze to się może teraz nie udać, ale my jesteśmy w stanie nad tym popracować, ponieważ to nie powstaje od tak”. Więc potrzebne są nasze wzajemne dane, wymiana informacji i wtedy dopiero się okaże czy nam się uda. Ale nie skreślajmy się od razu. To wymaga wyzbycia się takiego autorytarnego uczucia pt.: „ Ja kontra reszta świata”.

 Mam wrażenie, że gdy aspirujący do zawodu projektanta studenci i absolwenci przeczytają ten wywiad, nie będzie im wesoło. Niektórzy nie uwierzą w to co mówiłaś, a inni mocno zmienią swoją strategię przyszłej kariery. A jeszcze inni dopiero zaczną taką strategię układać. Co radzisz początkującym dizajnerom?

W czasie studiów radzę jak najwięcej eksperymentować. Nie bać się popełniania błędów tylko szukać, zadawać pytania. Po studiach podejmować różne wyzwania, by odnaleźć swoją drogę. Być szczerym wobec siebie. Zadać sobie pytanie „co ja chcę robić?” W przypadku designu to także pytania o to, co chcę zrobić dla innych, w czym czuję, że mam coś do powiedzenia? Odpowiedzi nie są proste i zapewne z biegiem lat mogą być zmienne. Szukanie odpowiedzi jest jednak ważniejsze niż samo jej znajdowanie. Wiedział o tym doskonale Andrzej Pawłowski, polski projektant którego prace i poglądy wiele lat temu sprawiły, że moja fascynacja wzornictwem zaczęła przeradzać się w profesję historyka designu. Powtórzę więc za nim „wątpliwość” jest tym, co najważniejsze w zawodzie projektanta. Poddając w wątpliwość to, co zastane czy to co sami stworzyliśmy wstępujemy na drogę szukania rozwiązań. Wątpliwości, które prowadzą do celu nam wszystkim życzę.

Krystyno. W imieniu portalu Exspace.pl bardzo dziękuję za bardzo inspirującą rozmowę.

 ___________________

dr Krystyna Łuczak-Surówka

Historyk i krytyk designu. Absolwentka Instytutu Historii Sztuki UJ, gdzie jako pierwsza obroniła pracę magisterską, a następnie doktorską z historii polskiego wzornictwa. Obecnie pracuje nad habilitacją – monografią Teresy Kruszewskiej.

Wykładowca warszawskiej ASP. Prowadzi wykłady i szkolenia z zakresu designu na uczelniach wyższych oraz dla instytucji i firm. Autorka wielu publikacji z zakresu historii i teorii designu. Kuratorka wystaw. Kolekcjonerka polskiego designu. Prowadzi własną firmę DESIGN BY PL i pisze o polskim designie na stronie designby.pl. Współtwórczyni marki VZÓR przywracającej klasyki polskiego wzornictwa. Założycielka i organizator akcji charytatywnej DESIGN DLA ZWIERZĄT. Niezależny konsultant projektów wdrożeniowych dla firm. Specjalistka w zakresie polskiego designu. Jeden z ekspertów w filmie „Poużywajmy sobie. Historia polskiego wzornictwa” produkcji Domo.tv - Canal+.

www.designby.pl

 

 

 

 

 

wizytówki

Komentarze:

loading
dziękuję za informacje, zapisuje w kalendarzu, z przyjemnością będę dalej Pani słuchał, pozdrawiam serdecznie
skomentowany przez    Arek    14 wrzesień 2016, 13:45 obserwuj post
Panie Marku. Dziękuje za miłe słowa. Odpowiadając na Pana pytanie już wkrótce prezentacja pod przekornym tytułem "Po co nam design?" na 10 urodzinach Domoteki w stolicy. Ta prezentacja w ramach programu głównego, ale będę też w salonie RUST opowiadała o moim systemie RS6, który miał premierę na iSaloni w Mediolanie. Będzie moc różnych atrakcji na urodzinach Domoteki w następną niedzielę 25 września. Zapraszam
skomentowany przez    KrystynaŁS    14 wrzesień 2016, 09:40 obserwuj post
kiedy będzie Pani miała kolejny wykład dla szerszej publiczności? najlepiej w okolicach Warszawy ;-) pozdrawiam
skomentowany przez    Arek    14 wrzesień 2016, 08:30 obserwuj post
jak zawsze z niezwykłym urokiem i erudycją, uwielbiam Pani słuchać ;-)
skomentowany przez    Marek    13 wrzesień 2016, 14:06 obserwuj post

Reklamy

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.