wszystkie artykuły z działu >> FELIETON
28 kwietnia 2017
wszystkie artykuły z działu >> FELIETON

'Muza i Wena' - Zdzisław Sobierajski o tym jak obie panie zaczęły regularnie sobie psocić

Świat trzeba zmieniać razem. Czas indywidualistów już minął!

W kreatywnych środowiskach Muza i Wena, zawsze były postrzegane bardzo pozytywnie. Nadeszły jednak czasy, w których Muzę i Wenę lepiej traktować z pewnym dystansem. Obie panie kilka lat temu radykalnie zmieniły swoją taktykę i zaczęły regularnie psocić.

Nagrodzony w 2000 roku prześmiewczą nagrodą Ig Nobel, efekt Krugera-Dunninga, opisuje sytuacje, w których dyletanci uważają się za ekspertów, a eksperci nie mają odwagi powiedzieć dyletantom, że są ignorantami. Justin Kruger i David Dunning z Uniwersytetu Cornella zwrócili uwagę, że ignorancja częściej skłania do pewności siebie niż wiedza. Postawili hipotezę, że ignoranci nie dostrzegają swojej niekompetencji. Co gorsza, dyletanci nie są w stanie ocenić uzdolnień innych ludzi. Jednocześnie znacznie częściej niż osoby kompetentne, dyletanci uważają się za ekspertów.

Emanację tego zjawiska znajdujemy na wielu internetowych portalach, blogach, czytamy w prasie, widzimy w telewizji, na stoiskach targowych, etc. etc. Efekt Krugera-Dunninga w Polsce wydaje się być całkiem powszechny. Mogło by się wydawać, że badania nad socjologią ludzkiej ignorancji są zabawne, bo zasłużyły sobie na prześmiewczego Ig Nobla. Niestety, otaczająca nas rzeczywistość, aż kipi od argumentów na słuszność opracowanej przez Krugera-Dunninga teorii.

Pisałem w moich felietonach o jakże powszechnym wśród właścicieli polskich firm, „syndromie Zosi Samosi”. Pisałem też o kuriozalnych kryteriach na podstawie których ogłaszane są różne rankingi typu  „Top 10 dizajnu polskiego”. Pisałem też o elokwentnym glamurowaniu dizajnu produktowego przez rozmaitych dziennikarzy i blogerów. O konkursach, w których jurorzy nagradzają podróbki i przeróbki. To się niestety dzieje naprawdę. Stworzyliśmy medialną wydmuszkę czerpiącą z naszej pseudo kompetencji często też podszytej ignorancją.

Oferty niektórych dizajnerów precyzyjnie wpisują się w definicję opisaną przez Krugera-Dunninga. Wystarczy poczytać strony internetowe ludzi, których jednoosobowa działalność freelancerska, opisywana jest jako „studio projektowe”, a dorobek prezentowany jest w postaci wizualizacji kilku prac koncepcyjnych. Zastanawiam się  z czego te „studia projektowe” się utrzymują. Analizując wartość ich wdrożeń w czasie, mam wrażenie że projektowanie produktu, jest jednym z ostatnich źródeł dochodu. W wielu przypadkach etat na uczelni zapewnia byt, a z rzadka realizowane projekty wygrywające lokalne konkursy, zapewniają „chwilową popularność”.

Z drugiej strony na rynku możemy spotkać wiele produktów, których cechy użytkowe i wizualne wskazują na to, że pijana Muza razem z podchmieloną Weną, spłynęły na kolejnego prezesa jakiejś polskiej firmy. W efekcie tego nawiedzenia, nieszczęśnikowi przez chwilę wydawało się, że posiadł talent „projektanta od wszystkiego”.

Co najgorsze, w swojej determinacji wyłożył na to pieniądze i wdrożył swój projekt do produkcji. Teraz, po lekturze postów na tematycznych blogach i przyswojeniu „tajemnej wiedzy”, sam zrobi sobie „profesjonalny PR i marketing” swego dzieła.

Patrząc na tak zaprojektowane produkty muszę przyznać z pokorą, że nikt takiemu prezesowi nie zabroni projektować i wdrażać swoich idee-fix. Będzie to robił tak długo, dopóki jego firmie wystarczy na to pieniędzy, a Muza z Weną będą miały ochotę do zabawy.

Jednak mniej zabawna jest sytuacja, w której znający swoje ograniczenia, odpowiedzialny za los pracowników prezes, zawierzy opracowanie nowego produktu opisanemu wcześniej „profesjonalnemu studiu projektowemu”. W tym przypadku Muza z Weną pewnie będą musiały się upić, bo na trzeźwo takiego projektowania nie zniosą. W takiej sytuacji nawet modny ostatnio Design Management też nic tu nie pomoże. Prezes roztrwoni pieniądze, a współpraca skończy się awanturą.

Gdzieś pomiędzy opisanymi powyżej skrajnościami, funkcjonuje nasz realny rynek. Rynek dopiero wschodzący, na którym wszystkie strony ciągle uczą się jak współpracować. Rynek, na którym jeszcze nie obowiązują powszechnie uznawane standardy i definicje współpracy ludzi biznesu z sektorem kreatywnym. Rynek, na którym inwestorom brakuje wzorców i pozytywnych przykładów sukcesów osiągniętych przez ich kolegów z branży. Brakuje rekomendacji przedsiębiorców, którzy zarobili już pieniądze współpracując ze specjalistami sektora kreatywnego. Takie informacje i produkty pojawiają się dopiero z dążeniem prezesów do budowy marki swojej firmy. Marki opartej na nowocześnie zaprojektowanych produktach, które wyróżniają się na tle konkurencji. Takich firm mamy w Polsce jeszcze niewiele.

Dlatego z utęsknieniem czekam na pojawienie się w mediach relacji inwestorskich, które dadzą świadectwo korzyści osiągniętych ze współpracy z sektorem kreatywnym. Inwestorzy odpowiedzialni za los firm i dobrobyt rodzin swoich pracowników, nie mają zwyczaju opowiadać o „glamurowanych gadżetach”. Oni uszanują jedynie twarde konkrety, które dla nich przygotuje księgowość. Takich, narracji o polskim dizajnie, dzisiaj oczekuję.

W odróżnieniu od informacji podawanych przez blogerów i promotorów dizajnu, rekomendacja inwestora ma jakościową wartość i sens. Medialne opowieści o zbawiennej roli dizajnerów dla rozwoju polskich marek, już się nam przejadły. Taką narrację obserwuję od wielu lat ale nie doczekałem się żadnych konkretnych przykładów.

Wysłuchiwanie opowieści o tym jak  „dizajn” świetnie działa w Anglii, Stanach, czy we Włoszech, budzi już tylko moje rozczarowanie. Uśmiecham się patrząc na opowiadaczy, którzy nie  zrozumieli, że Polska i polski rynek nie leży ani w Anglii, ani w Stanach, ani we Włoszech. Każdy osadzony w polskich realiach inwestor po prostu to wie, jednak promotorzy dizajnu tej różnicy jeszcze jakoś nie pojęli.

Dizajnerzy drodzy.

Inwestor zawsze odróżni wasz, potwierdzony realizacjami dorobek, od elokwentnych opowieści będących przejawem efektu Krugera-Dunninga. Nigdy nie nazywajcie działalności freelancerskiej „studiem projektowym”.

Nie kombinujcie jak zrobić z waszego inwestora frajera. Bo nie zrobicie. Przecież on cały czas kombinuje jak zbilansować firmę by wyjść na plus. I zawsze zrobi to lepiej niż wy. W najlepszym razie, na koniec współpracy zapłaci wam tylko za to, co jego zdaniem warte jest zapłaty. Będzie awantura? Tak bywa.

Jednak zamiast ciągle kombinować i kombinować, może byśmy w Polsce zaczęli normalnie współpracować?

Wielu z nas zakrzyknie: Chętnie!

Ale mam wrażenie, że przy układaniu takiej współpracy prawdopodobnie pojawi się jeden problem. Na ogłoszenie „dizajnera do projektu zatrudnię” – przyjdą setki lub tysiące zgłoszeń. A ile ofert przyjdzie na ogłoszenie pt. „dizajnera z udokumentowanym dorobkiem wdrożeniowym, w branży…. zatrudnię”? A z drugiej strony czy odpowie ktoś na ogłoszenie: „mam projekty gotowe do wdrożenia. Świadomego inwestora poszukuję”?

Taki mamy dzisiaj polski rynek. Jestem przekonany, że powinniśmy nad tym problemem pracować. A, raczej współpracować razem.

Promotorzy dizajnu glamurowanego, środowisko akademickie, dizajnerzy, ani przedsiębiorczy „Zosie Samosie”, osobno tej sytuacji nie zmienią.

Świat trzeba zmieniać razem. Czas indywidualistów już minął.

Zdzisław Sobierajski

www.sobierajski.pl

 

 

 

 

wizytówki

Komentarze:

loading
Nikt jescze nie skomentował tego artykułu.

Reklamy

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.