Reklama

wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY
03 października 2013
wszystkie artykuły z działu >> ROZMOWY

Wystawiennictwo – czy to jeszcze ma sens? Rozmowa z dr Łukaszem Kossowskim

Wystawiennictwo – czy to jeszcze ma sens?

Rozmowa z dr Łukaszem Kossowskim, kuratorem Działu Sztuki Muzeum Literatury im. Adama Mickiewicza w Warszawie.

___________________________________________

EXSPACE: Jest pan kustoszem warszawskiego Muzeum Literatury, autorem wielu świetnych i nagradzanych wystaw, w tym syntezy sztuki Młodej Polski wystawy „Koniec wieku. Sztuka polskiego modernizmu 1890-1918” (Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Krakowie, 1997), największego projektu polsko-norweskiego „Totenmesse. Munch. Weiss. Przybyszewski” (Muzeum Literatury w Warszawie, 1995, Munch-museet, Oslo, 1996), czy wystawy „Polska-Japonia 1919-1999” (Hillside Forum, Tokio, Amenity Park, Osaka, Muzeum Literatury w Warszawie, Centrum Sztuki i Techniki Japońskiej „Manggha”, 2000), którą w Tokio otworzył następca japońskiego tronu, Jego Wysokość Książe Takamado Norihito - . Twórczość Brunona Schulza propagował pan wystawami prezentowanymi między innymi w Londynie, Brukseli, Darmstadcie, Genui, Trieście, Stambule, Paryżu i Madrycie. Zapytam więc, po co organizować wystawy dzieł sztuki?

dr Łukasz Kossowski: Jeżeli założyć, że udana wystawa sama w sobie jest dziełem sztuki, to pytanie powinno brzmieć: po co w ogóle tworzyć sztukę? Tu odpowiedzi może być wiele. Ale w wypadku wystaw muzealnych, szczególnie tych problemowych, chodzi chyba przede wszystkim o weryfikację tez zawartych w scenariuszu wystawy, o rzeczywiste, naoczne przekonanie się, że proponowane zestawienia dzieł ilustrują postawioną tezę i rzeczywiście ją uprawomocniają, czy też odwrotnie – demaskują jej nietrafność. Ta weryfikacja jest pasjonująca. Nigdy do końca nie wiadomo, jak zestawione dzieła zachowają się względem siebie. Czy stworzą większe wyrazowe segmenty, czy też nie. Stąd wystawiennictwo zawsze pozostanie przygodą.

Wystawy tradycyjne, szczególnie monograficzne, przedstawiały twórczość danego artysty w określonym porządku, wedle przyjętych reguł.  Ale współczesny komisarz często sam uważa się za artystę. To on decyduje o wyborze dzieł, o sposobie ich prezentacji. On tworzy narrację wystawy. Czy istnieje niebezpieczeństwo wysunięcia się osoby komisarza na plan pierwszy, a tym samym przesłonięcia, np. kontrowersyjnymi pomysłami scenograficznymi, znaczenia prezentowanych dzieł?

Zapewne istnieje. Może w najszerszym planie to kwestia pychy i pokory. Komisarz może prezentowane dzieła sztuki potraktować instrumentalnie, jako swoistą ilustrację dla swoich pomysłów, ale może też sprawić, by to dzieła stały się bohaterami pokazu i – jak wspomniałem –  udowodniły proponowaną tezę. I to jest uczciwe. Zadaniem komisarza jest odczytać tkwiące w dziełach znaczenia, a nie zagadać je na śmierć, albo też do dzieła trudnego do odczytania doczepić napisany hermetycznym językiem  esej, rzekomo je wyjaśniający. To wymaga wiedzy, dużej wrażliwości i intuicji. Sama wiedza to za mało. Zdarzają się wystawy wielkich artystów, na których prezentuje się dziesiątki dzieł niezwykle słabych. To dowód na to, że komisarz nie jest w stanie dokonać selekcji, po prostu „nie widzi” obrazów. Wystarczy mu wielkie nazwisko.

Więc jaka jest rada na tę pychę? Jak selekcjonować komisarzy?

Na pychę, jak wiadomo, rady nie ma. Jeżeli założymy, że komisarz wystawy jest też po trosze artystą, to zweryfikować go może jedynie inny artysta lub krytyk sztuki. I tu zaczynają się problemy. W polskich czasopismach wysokonakładowych, więc chyba najbardziej opiniotwórczych, krytyka wystaw w zasadzie nie istnieje. Pojawiają się natomiast ich recenzje, których autorzy opisują dany projekt, cytują kilka zdań z katalogu, wreszcie – wygłaszają kilka luźnych impresji, niekoniecznie związanych z wystawą. Nie analizują trafności doboru prezentowanych dzieł, przesłania ekspozycji, jej merytorycznej struktury i plastycznego kształtu. Unikają też jak ognia sądów wartościujących. I trudno się dziwić, bo uczony dyskurs przekształciłoby się natychmiast w personalną bijatykę. Narzeka się, że muzea są puste, bo słabo reklamują swoje wystawy, lub że forma ekspozycji jest mało atrakcyjna. Myślę, że to kwestie drugorzędne. W opisie muzealnej rzeczywistości poruszamy się między dwoma biegunami. Z jednej strony kpi się z „turystyki muzealnej”, czyli tłumów przelewających się przez największe galerie świata, bezmyślnie zaliczających migawkowe spotkania z arcydziełami, a właściwe tylko z wielkimi nazwiskami na podpisach pod nimi. Wiadomo, że ten stan rzeczy może zmienić jedynie solidna edukacja, wychowanie do odbioru sztuki od najmłodszych lat. Ta jednak pozostaje nadal propagandowym hasłem. W miejsce „pracy u podstaw” pojawiają się przeróżne doraźne „zabiegi edukacyjne”. Wkraczają środki audiowizualne i nowoczesne technologie. Jednak stosowane bezrefleksyjnie, niczego nie wyjaśniają. Stanowią niekiedy ilustrację zasady ignotum per ignotum, czyli stają się próbą dotarcia do ukrytego sensu dzieła poprzez jeszcze bardziej niezrozumiałą i abstrakcyjną wizualizację. Ale ponieważ to technologie nowoczesne i modne, nie znajdzie się odważny, który krzyknie, że król jest nagi.
Łukasz Kossowski przy autorskiej rekonstrukcji obrazu Wojciecha Weissa, fot. Maciej Bociański.

W takim razie nowoczesne technologie audiowizualne są w muzealnictwie nieprzydatne? Przecież stosuje się je na całym świecie.

Może przykład z własnego podwórka. Wystawa w warszawskim Muzeum Literatury: „Bruno Schulz. Rzeczywistość przesunięta”. Jej zadaniem było poszukiwanie kontekstów do Schulzowskiej prozy;  tych z międzywojnia, i tych współczesnych. Trzeba więc było odnaleźć wizualizacje trafiające w sedno dzieł Schulza i jego życia. Przykładowo, w rozdziale traktującym o tragicznej śmierci artysty, zastrzelonego na ulicy Drohobycza w czasie wojny, zbudowaliśmy przestrzeń symbolizującą zagładę człowieka i zagładę sacrum. Zagładę sacrum unaoczniały fotogramy zrujnowanej przez Niemców drohobyckiej synagogi i sprofanowanej przez komunistów fary, zagładę człowieka – nieznany archiwalny materiał filmowy, rejestrujący wizytę gubernatora Franka w Drohobyczu i witające go entuzjastycznie tłumy. Efekt był porażający. Zatem nowoczesne technologie audiowizualne są w muzealnictwie niezwykle przydatne, ale tylko wówczas, gdy stosowane są z wyczuciem i umiarem.

 A muzyka na wystawie?

 To inny problem. Malarstwo lub rzeźba są nieme. Napisano o tym tomy. Ale ich milczenie jest swoistą mową. Więc chyba najlepiej oglądać wystawy w ciszy. To kwestia skupienia, nawet kontemplacji. Przybliżenie odbioru dzieła sztuki przez wyrazisty podkład muzyczny najczęściej je „morduje”. No, ale nie zawsze. To znów sprawa intuicji. Przykładowo na wystawie „Cudowne lata. Muzyka. Poezja. Malarstwo. Lata 70., 80.” (Muzeum Literatury w Warszawie, 2009, Muzeum Miasta Gdyni, 2010, Galeria Sztuki Współczesnej w Olsztynie, 2010, Miejska Galeria Sztuki w Zakopanem, 2011) podkład muzyczny stał się elementem dominującym. Ekspozycja oparta została na kontraście, przeciwstawieniu smutku i szarości czasów PRL–u, przedstawionych w fotografiach dokumentalnych, obrazach, grafikach, rzeźbach – witalności i dynamice mocnej rockowej i bluesowej muzyki tamtych lat: Hendriksa, Joplin, Led Zeppelin, Pink Floyd…; muzyki, która dla ówczesnego pokolenia stała się przestrzenią prywatnej wolności. I to, jak się wydaje, „zagrało”. Przygotowanie podkładu muzycznego do wystawy dzieł plastycznych można porównać do napisania muzycznej ścieżki filmowej. To zapewne można zrobić, ale trzeba być artystą.  Niekiedy zdarza się sytuacja odwrotna. Wystawa plastyczna prowokuje powstanie dzieła muzycznego. Tak stało się w wypadku projektu „Podróż trzech króli według T.S. Eliota” w Muzeum Literatury. Na kanwie tekstu Eliota i dzieł polskiej sztuki współczesnej powstała swoista improwizacja z odniesieniem do „tu” i „teraz” polskiej zimy roku 2010. Skoro wiersz Eliota jest genialny, a jego przesłanie ponadczasowe – dlaczego nie  napisać do niego muzyki? Namówiliśmy więc na to „szaleństwo” Marka Ałaszewskiego. Powstało kolejne dzieło sztuki – oratorium do tekstu Eliota, wykonane w dniu otwarcia wystawy w warszawskim kościele Nawiedzenia Najświętszej Marii Panny.

Czy pustawe sale muzealne są dowodem na to, że formuła wystaw po prostu się przeżyła? A jeżeli nie, co zrobić, by polskie muzea tętniły życiem?

Oczywiście, że wystawy były i będą. W wystawiennictwie są okresy lepsze lub gorsze. Nie miejsce tutaj na analizowanie „polityki kulturalnej” państwa. Można tylko zauważyć, że wielu dało sobie wmówić, że historia się skończyła i polityka kulturalna nie jest nikomu potrzebna.  Tymczasem, kiedy największe państwa Europy konsekwentnie i dynamicznie ją realizują, niekiedy manipulując historią na wzór Orwellowski, my samobójczo dla naszej tożsamości z polityki tej rezygnujemy. A jakie wystawy organizować, by muzea znów były pełne? Uczciwe, przemyślane, z wyrazistym przesłaniem. Nie trzeba bać się podejmowania tematów trudnych i zasadniczych, zakorzenionych w polskiej tradycji i historii. Nie ma powodów, by nie powstawały dziś wystawy porównywalne do tych z lat 70., próbujących dotrzeć do sedna narodowej tożsamości, takich jak „Polaków portret własny” czy „Romantyzm – romantyczność”. Nie ma powodów, by nie powstawały monumentalne wystawiennicze syntezy poszczególnych epok polskiej kultury i sztuki. Kiedy z Elżbietą Charazińską rozpoczynaliśmy pracę nad scenariuszem wspomnianej wystawy „Koniec wieku…”, ostrzegano nas, że Młoda Polska dawno się znudziła i wystawa świecić będzie pustkami. No, ale w Muzeum Narodowym w Krakowie obejrzało ją 160 000 widzów.

Zgoda, ale wspomniane wystawy to już zamierzchła przeszłość. W latach 70. chodziło o odzyskanie wolności i rzeczywistą obronę narodowej tożsamości, zagrożonej opresją komunizmu. Dziś Polska jest wolna, więc i sztuka stawia sobie inne cele; poszukiwanie nowoczesnych form wyrazu, nadrobienie straconych lat, zaistnienie w przestrzeni sztuki europejskiej na równych prawach. To inny czas i inne priorytety.

To prawda. Ale ani sens sztuki, ani człowiek nie zmieniły się. Można zapytać, czy sztuka winna być nieustanną rewolucją, wiecznym eksperymentem, permanentnym skandalem, czy też posiada ona stałe punkty odniesienia, w tym przede wszystkim artystyczną tradycję. I tu wypada obsunąć się nieco w antropologię. Skoro sztuka jest wytworem ludzkim, to kto ją tworzy, człowiek-monada, będący w ciągłym ruchu, pożerający i wypluwający tysiące informacji, nieustannie komentujący rzeczywistość, czy człowiek-podmiot, zakorzeniony w historii Transcendencji. Z tym wiąże się wybór języka sztuki. Ten język, by w ogóle być czytelnym, musi być zakotwiczony w kodach kulturowych, w wypadku Europy – kodach tworzonych głównie przez tradycję antyczną i chrześcijańską. Nawet bluźniercy i prowokatorzy właśnie po to, by zaistnieć i być zrozumianymi, muszą się do tych kodów odnieść. Zatem, czy poprzez sztukę pragniemy przekazać dramatyczną sytuację? Klatkę czasu, w której znaleźliśmy się na krótki moment i pragniemy wykrzyczeć swoje przerażenie, czy też wolimy zatrzymać się i – jak w słynnym obrazie Gauguina – zapytać: „Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, dokąd idziemy?”. To pytanie dla sztuki podstawowe, pytanie o sens. A wracając do wystaw, może po prostu jest tak, że sale muzealne świecą pustkami, gdyż wiele współczesnych projektów wystawienniczych posiada sens mizerny lub sens pozorny. A szeroka publiczność zgadza się zapewne z Brunonem Schulzem, który pisał: „Istotą rzeczywistości jest sens. Co nie ma sensu, nie istnieje”.

Wydaje się, że jako wystawiennik stawia pan poprzeczkę niezwykle wysoko. Wymaga pan od komisarza wiedzy, inteligencji, intuicji, zdolności improwizacji, artystycznego smaku. Czy to nie przesada?

Ależ skąd, jeśli założymy, jak na początku naszej rozmowy, że kurator to też w pewnym sensie artysta. Powinien czytać dzieła sztuki tak, jakby sam je namalował. I powinien w razie potrzeby to zrobić. Dobrze też, by miał poczucie humoru. W ostatnim projekcie, zrealizowanym w Muzeum Literatury, zaprezentowaliśmy świetną kolekcję młodopolskich prac Wojciecha Weissa. Punktem centralnym pokazu stał się – uważany za zaginiony – kultowy obraz „Szopen”, niegdyś ozdoba krakowskiego salonu państwa Przybyszewskich. Kiedyś udało mi się dotrzeć do maleńkiej, nikomu nieznanej, czarno-białej reprodukcji tego obrazu. Tydzień przed otwarciem wystawy namalowałem według niej wielki olejny obraz, wypełniając tym samym bolesną lukę w polskiej historii sztuki. Pod obiektem widniał podpis: „ A.N. Hommage a Wojciech Weiss”


Zdjecie awatara: Fragment wystawy „Cudowne lata. Muzyka. Poezja. Malarstwo. Lata 70., 80.”, Galeria Sztuki Współczesnej w Olsztynie, fot. Maciej Bociański.

wizytówki

Komentarze:

loading
Komisarz? A nie kurator?:)
skomentowany przez    Goś    28 maj 2014, 22:14 obserwuj post
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.