Reklama

wszystkie artykuły z działu >> ARCHITEKTURA
08 maja 2015
wszystkie artykuły z działu >> ARCHITEKTURA

"Bardziej niż nowoczesność interesuje mnie jakość" Jan Strumiłło w rozmowie z Exspace.pl

 "Bardziej niż nowoczesność interesuje mnie jakość"

Jan Strumiłło w rozmowie z Exspace

EXSPACE: Na początku w imieniu Redakcji pragniemy Panu gorąco pogratulować zdobycia tytułu laureata plebiscytu „Polacy z Werwą” w kategorii „design” (2014r.) Jak Pan odebrał to wyróżnienie i jaka jest Pana zdaniem waga promowania młodych talentów. Czy w dziedzinie designu istnieje „szklany sufit”?

JAN STRUMIŁŁO: Bardzo dziękuję. Dostać nagrodę to przyjemne doświadczenie. Dowiedziałem się właściwie w dniu wręczenia -  zaskoczenie było całkowite i oczywiście dużo radości. Ceremonia, koncert, bankiet - to było kompletnie nierzeczywiste, jak dziwny sen. Na szczęście następnego dnia był normalny ranek, i choć może nieco się przeciągnął, to po nim już znowu zwykłe życie. Promocja jest ważna, pozwala dotrzeć do większej liczby ludzi, ale bardziej niż w marketing wierzę w najwyższą jakość usług. Nie myślę za wiele o ograniczeniach, koneksjach – po prostu staram się jak najlepiej wykonywać swoją pracę, odpisywać szybko na maile, nie spóźniać się na spotkania i szybko robić dobre rysunki.

W dziedzinach projektowych szklany sufit znajduje się w Polsce o wiele wyżej niż w innych krajach. To się oczywiście szybko zmienia, ale daleko nam jeszcze do zabójczej konkurencji Londynu, Nowego Jorku czy nawet Berlina. Główne ograniczenie dla rozwoju młodych projektantów widzę w małej i stale kurczącej się liczbie dostępnych konkursów, w czym spora wina kształtu ustawy o zamówieniach publicznych. Przy powolnym rozwoju zamożnej i wykształconej klasy średniej, która powinna być głównym nabywcą autorskiej architektury i designu konkursy są bardzo istotne. Martwi mnie też odpływ najlepszych ludzi za granicę. Przy tak wysokich podatkach i rozroście biurokracji nikomu nie chce się zakładać nowych firm. Promowanie nowych talentów w zawodach projektowych jest godne pochwały ale nie przełoży się na tryumfy rodzimej kultury materialnej, o ile te talenty nie będą miały oparcia w wytwórczości, w przedsiębiorcach gotowych wykorzystać innowacje projektowe, w odważnych młodych deweloperach którzy zaryzykują współpracę z mniej doświadczonym ale ambitnym architektem.

Każdy młody artysta ma swój autorytet, swojego duchowego mistrza. Kto w dziedzinie architektury stanowi dla Pana niedościgły (jak na razie) wzór?

Ja chyba czerpałem wiele od różnych osób na różnych etapach. Jestem z natury raczej pragmatyczny i moi mistrzowie to przede wszystkim tytani zdrowego rozsądku. Wymieniłbym tu przede wszystkim mojego promotora - Andrzeja Miklaszewskiego, moich pierwszych szefów – Wojciecha Szymborskiego i Jacka Zielonkę a po studiach Olgierda Jagiełłę i Pawła Majkusiaka z JEMS. Na szczególną wzmiankę zasługuje Krzysztof Jaraczewski. Niestety nie skorzystałem za wiele z jego niezwykłej osobowości, bo chodziłem tylko przez jeden semestr na jego wykłady z projektowania i nie byłem wtedy zbyt uważnym studentem. Styczność z tym człowiekiem to był jakby kontakt z inną rzeczywistością. Już na studiach podyplomowych w Szwajcarii miałem okazję poznać kilku światowej sławy architektów. Spośród tych doświadczeń zdecydowanie najważniejszy był dla mnie kontakt z Dietmarem Eberle. Jednak żaden z tych wielkich nie mówił po polsku o polskich sprawach. Posiadanie mistrza, autorytetu, którego zna się osobiście, kogoś kto byłby przewodnikiem jakim Charles L’Eplattanier był dla Charlesa Edouarda Jeannereta (Le Corbusiera) to przywilej wieku młodego. Dobrodziejstwem architektury jest co prawda przedłużenie młodości, bo jako „młodzi” architekci kwalifikują się ludzie do czterdziestki albo i starsi. Wpływ mistrza to chyba rzecz wczesnego rozwoju, dojrzewając stajemy się coraz bardziej krytyczni.

Od dłuższego czasu można zauważyć tendencję do powstawania ponadnarodowego stylu projektowania, szczególnie obiektów monumentalnych stanowiących skomplikowane kompozycje wykonane ze szkła, metalu, drewna i z surowego betonu. Tendencja ta rodzi pytanie o związki architektury z tradycją kulturową. Czy Pana zdaniem projekty architektoniczne mogą być całkowicie oderwane od kontekstu kulturowego w którym są tworzone? Czy sala koncertowa może wyglądać tak samo w Nowym Yorku, Paryżu i w Warszawie?

Informacje, które nas kształtują pochodzą z coraz mniej różnorodnych źródeł. Widać to w architekturze – iteracja podobnych pomysłów rodzi coraz większy głód oryginalności. To  bierze się z globalizacji. Projektanci w Stanach Zjednoczonych, Niemczech, Norwegii, Polsce oglądają te same blogi, czytają te same magazyny architektoniczne i wpadają na podobne pomysły w podobnym czasie. Architektura z definicji związana jest z kontekstem, również kontekstem kulturowym. W obecnych czasach przynależność do kultury i wynikająca z niej tożsamość to zasób, skarb, z którego można czerpać. W ten sposób możliwe jest tworzenie rzeczy unikalnych a jednocześnie wpisujących się w jakąś ciągłość, dyskurs, szerszy obraz. To daje poczucie siły, sensu i bezpieczeństwa, oparcie w świecie. Kultura polska, szczególnie materialna i wizualna, ma w tym sensie wielki potencjał, bo będąc bogatą jest nadal względnie nieznana, niewyeksploatowana.

Czym powinna być Pana zdaniem nowoczesna architektura? Jaka jest jej naczelna rola? 

Według mnie samo sformułowanie „nowoczesna architektura” zawiera pewną kontrowersję. Nowoczesność to coś, co szybko się starzeje. Tymczasem architektura trwa długo, 50, 100 lat albo więcej, czyli nieuchronnie po jakimś czasie przestaje być nowoczesna. Bardziej, niż nowoczesność interesuje mnie więc jakość. Mniej zastanawiam się nad tym jak robić, żeby było nowocześnie niż jak robić, żeby było dobrze. Dobra architektura to według mnie taka, która dobrze się starzeje. Która wygląda w swoim kontekście tak, jakby stała tam od zawsze. To taka, której po tych 50, 100 czy 200 latach nie trzeba wymieniać. To taka architektura, która zasługuje na to, żeby ją odbudować jeśli zostanie zniszczona - jak campanilla na placu świętego Marka w Wenecji. Sądzę, że kształtowanie przestrzeni w świadomy sposób, tworzenie i przekształcanie zbudowanego środowiska, to zadanie, które ewoluuje wraz z człowiekiem. To jest jednak ewolucja bardzo powolna. Fundamentalne ludzkie potrzeby pozostają niezmienne. Nowoczesna architektura powinna w logiczny sposób wynikać z dotychczasowej spuścizny pozostawionej nam przez poprzedników, w tym przez modernistów. Wybory estetyczne w architekturze są nadal polem pełnym dogmatów, polem nacechowanym silnymi emocjami. To jest wspaniałe, bo to znaczy, że architektura jest czymś istotnym, czymś, co ludzie intensywnie przeżywają. Architektura wciąż ma potencjał intensywnego oddziaływania na wszystkie zmysły. Dzisiaj ma jednak konkurencję, bo przestrzeń otaczająca każdego z nas jest coraz bardziej zawłaszczana przez przekaz informacyjny, w tym reklamowy. Nowoczesna architektura powinna czerpać z wiedzy o człowieku i o materiałach ale też odpowiadać na nowe wyzwania które stoją przed rodzajem ludzkim, czyli przede wszystkim poszanowanie zasobów i ochronę środowiska, ze szczególnym uwzględnieniem przestrzeni wizualnej.

Pana rodzinne miasto – Warszawa – stanowi dla architekta niezwykle złożoną rzeczywistość a zarazem wielkie wyzwanie. Przeorane wojną, a następnie odbudowane na przekór swojej historii zdaje się stanowić zlepek szeregu nie pasujących do siebie elementów. Czy Pana zdaniem stolica potrzebuje totalnego uporządkowania, całościowej wizji nawiązującej do własnej historii czy też powinna rozwijać się w oparciu o stan obecny, o swoiste bogactwo swojej przypadkowej różnorodności?

Warszawa jest stolicą wolnego demokratycznego państwa a demokracja nie sprzyja wielkim porządkom. Jednak nawet i w takich warunkach udaje się realizować jasne wizje i zmieniać oblicza miast. Warszawa skorzystałaby bardzo na zwiększeniu roli świadomego, długoterminowego planowania zdążającego w określonym kierunku. Ważne jest żeby działo się to według planu przekraczającego horyzont czasowy pojedynczej kadencji. Istnieją ku temu narzędzia – według Michała Borowskiego obecne uprawnienia prezydenta miasta są wystarczające dla zorganizowania porządnej polityki przestrzennej w mieście. Problem tkwi chyba w nieumiejętnym wykorzystywaniu tych prerogatyw przez kolejnych gospodarzy. Cały czas czekamy na nowego Sokratesa Starynkiewicza czy też Stefana Starzyńskiego, lub sięgając po inne przykłady skutecznych polityków miejskich – nowojorczyka Rudolpha Giulianiego czy też londyńczyka Borisa Johnsona. Z dużą troską patrzę na działania miasta w zakresie kształtowania przestrzeni i niestety obecnie widzę w nich raczej system, w którym doraźne zyski finansują realizację przestarzałych koncepcji, głównie rozwoju infrastruktury komunikacyjnej. W uproszczeniu – ratusz ma sporo pieniędzy więc realizuje teraz „miasto marzeń” inżynierów komunikacji z lat siedemdziesiątych. W innych krajach skutki takich działań, przeprowadzanych 30 lat temu, są właśnie odwracane. Warszawa potrzebuje całościowej wizji, nawet jeśli w ustroju demokratycznym radykalna przebudowa miasta w stylu paryskich porządków Hausmanna czy rzymskiej rewolucji papieża Sykstusa V nie jest możliwa. Wizja Warszawy powinna być odważna ale przede wszystkim realistyczna. Powinna brać pod uwagę chaotyczny i podzielony stan miasta i wskazywać strategię najlepszego wykorzystania potencjału zawartego w tym charakterze.

Nie powstrzymam się i zapytam; gdyby miał Pan możliwość przebudowania jednego warszawskiego budynku bądź placu (bez ograniczeń budżetowych) – z czym chciałby się Pan zmierzyć? Co wymaga najpilniejszej interwencji?

Skoro mam całkowicie wolną rękę to zacząłbym od przekształcenia placu Saskiego, w tym odbudowy pałaców Saskiego i Brühla. Ta odbudowa ma potencjał całkowitej przemiany nastroju i charakteru jednego z najważniejszych warszawskich placów. Nie wnikając w przyczyny obecnego stanu rzeczy - nie mogę wprost uwierzyć, że to nadal się nie stało. Sprawa ta była dyskutowana w wielu konkursach. Moim zdaniem plac Piłsudskiego, czyli dawny plac Saski może i powinien odzyskać materialne ramy przestrzenne.

Warszawa jest dla architekta tak ekscytującym miejscem między innymi właśnie dlatego, że dzięki obowiązującej przez lata modernistycznej doktrynie pozostało w centrum nadal tyle pustego miejsca, jakichś dziwnych trawników, pustych skwerków, ni to placów - ni to parczków. Jednak miasto to żywioł a natura nie znosi pustki, więc to chaotyczne miejsce coraz bardziej się wypełnia i prędzej czy później całkowicie się domknie, dookreśli. Rozpoczęła się zabudowa działki nad tunelem trasy WZ, w kolejce czeka też pałac Karasia. Zachodnia pierzeja Marszałkowskiej czy tereny dawnej dzielnicy Rybaki to są miejsca, gdzie istniało i nadal powinno istnieć miasto. W miarę odchodzenia starszego pokolenia tkwiącego nieuleczalnie w funkcjonalistycznym paradygmacie miasto się znów zagęści. To jest nieuchronny proces, który jednak nie musi być, tak jak teraz, chaotyczny. Chciałbym brać w nim czynny udział. Kwestia granic dogęszczania, kontynuowania i sposobu odbudowy historycznej tkanki miejskiej wydaje mi się kluczowa dla dyskusji o przestrzeni centrum Warszawy. Jestem głęboko przekonany, że możliwe jest zaproponowanie rozwiązań godzących historię z nowoczesną technologią i wykorzystaniem form współczesnego języka architektonicznego – przykłady takiego podejścia dał Bohdan Pniewski, przebudowując jeszcze przed wojną pałac Brühla na potrzeby Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Ale i dziś nie brakuje dobrych przykładów, np. Biurowiec przy ulicy Mysiej zaprojektowany przez pracownię PRC. Po placu Saskim drugi ogień wziąłbym plac Krasińskich i odbudował pałac Badenich.

Poza architekturą posiada Pan w swoim życiu niezwykłe pasje: gra pan na fortepianie i uprawia górską wspinaczkę. Czy te zainteresowania stanowią inspirację dla Pana  pracy projektowej? Albo, pytając inaczej: czy muzyka i kontakt ze wspaniałą naturą kształtują pana artystyczną wyobraźnię?

Projektowanie to pasja pochłaniająca mnóstwo czasu i energii, jednak życie nie składa się z samej tylko pracy. Sztuka polega chyba na znalezieniu równowagi pomiędzy różnymi formami aktywności, które się wzajemnie splatają. Muzykę i góry wynieśliśmy z siostrą z domu rodzinnego, one są z nami od urodzenia. To źródła natchnienia ale też zwykłej radości życia. Muzykowanie i chodzenie po górach mają wiele wspólnego z procesem projektowym. Rozumiem przez to raczej sprzyjanie rozwojowi pewnych cech charakteru niż dostarczanie bezpośrednich inspiracji dla poszukiwania form. Gra na instrumencie to doskonała odskocznia od pisania, liczenia czy rysowania. To jest odskocznia, przeniesienie do innej rzeczywistości. Radość płynąca z produkowania melodii za pomocą instrumentu da się porównać jedynie z satysfakcją, którą daje płynne porozumiewanie się w obcym języku albo jakaś aktywnością oparta na koordynacji ruchów: gra w piłkę nożną, taniec czy wspinaczka. Dużą rolę pełni też partnerstwo – gra w zespole jest wspaniałym doświadczeniem, opiera się na zaufaniu i dialogu. Wspinaczka ma z tym wiele wspólnego – od momentu, kiedy odrywam się od podłoża, świat poza wspinaniem przestaje istnieć. Świadomość, że moje i partnera życie zależy tylko od chwytu palców i oparcia stóp na małych skalnych stopniach jest niesamowitym doznaniem, to jak wyjście na scenę przed pełną widownią, jak pierwszy pocałunek. Daje to poczucie wolności a jednocześnie odpowiedzialności za własny i cudzy los, w bardzo bezpośredni, fizyczny sposób.

W nawiązaniu do gór i Pana kontaktu z naturą, czy docenia pan architektów japońskich np. takich jak Kenzo Tange, czerpiących inspiracje do swej twórczości właśnie z natury?  

Japonia to bardzo odległy kraj. Jeszcze nigdy nie byłem w Azji, znam ją tylko z lektur i filmów. Zupełnie przypadkowo tak się składa, że wybieram się do Tokio w marcu, więc może po powrocie będę miał więcej do opowiedzenia. Dzisiaj o odniesieniach do kultury japońskiej porozmawiałbym najchętniej z Aureliuszem Kowalczykiem, moim starszym kolegą, który aktualnie mieszka w Tokio i wspólnie z żoną Emiko Hayakawa prowadzi tam biuro projektowe Hayakawa/Kowalczyk. Może inspiracji naturą nie trzeba szukać tak daleko? Studiując w Szwajcarii, kraju podobnie górskim jak Japonia - zetknąłem się z Peterem Zumthorem i Gionem Caminadą, którzy odnoszą się do natury w świadomy i a jednocześnie bliższy nam, bardziej europejski sposób. To ich „górskie podejście” - użycie lokalnych materiałów traktowanych z wielkim szacunkiem - na pewno mnie inspiruje i zachwyca. Ale sam pozostaję synem poziomej ziemi polskiej i najbardziej mnie pociąga nasz lokalny, nizinny, środkowoeuropejski wariant natury. Lubię nadwiślańskie chaszcze, mazowieckie lasy sosnowe i piaszczyste drogi z kapliczkami. Polski krajobraz wydaje mi się najpiękniejszy w tych okolicach, gdzie nie jest kompletnie płaski. Jestem szczególnie wrażliwy na łagodne krągłości topograficzne, właściwe Lubelszczyźnie, Suwalszczyźnie i Jurze krakowsko-częstochowskiej. Jest i u nas wiele budynków, które wspaniale wykorzystują naturę i te rzadkie różnice poziomów. Na przykład Dom Turysty w Augustowie, zaprojektowany przez Macieja Nowickiego, schodzący zaprojektowanymi kaskadowo tarasami do jeziora Niegocin. Albo z bardziej górskich okolic - kuźnicka stację kolejki linowej na Kasprowy Wierch projektu Anny i Aleksandra Kodelskich.

Jak zazwyczaj rodzi się projekt w Pana pracowni? Czy zasiada Pan do pracy z  gotowymi przemyśleniami i konkretnymi szkicami czy raczej pan improwizuje jak na fortepianie?  

Najwięcej pomysłów przychodzi mi do głowy na miejscu przyszłej budowy, tam gdzie ma się ostatecznie znaleźć to, co jest do zaprojektowania. I nie ma znaczenia, czy chodzi tu o wystawę, dom czy choćby mebel. Kiedy wiem już czego chcę, to potem pozostaje tylko praca, czyli przenoszenie na papier tego, co pierwotnie urodziło się w wyobraźni. W trakcie tego procesu wiele się zmienia. Stopniowo wyłania się ostateczny kształt, który testuje się na modelach. Staram się też zawsze wykonać porządne albo choćby jakiekolwiek badania, żeby wiedzieć co w danym temacie zrobili najlepsi przede mną, żeby „stawać na ramionach gigantów”. Dużo skojarzeń przychodzi do mnie z zupełnie przypadkowych źródeł. W miarę możności dbam o regularną rozbudowę „kolekcji osobliwości” - zbioru zdjęć, zapisków, szkiców, artykułów. Cały czas ją doskonale przez porządkowanie, segregowanie, oglądanie, oznaczanie i wyrzucanie. Nieustannie z niej czerpię, przeglądam też ciągle na nowo stare szkicowniki i czasem znajduję w nich jakiś zanotowany na marginesie pomysł z przeszłości, który w nowym kontekście okazuje się być przydatny. Najważniejsi jednak okazują się ludzie, z którymi pracuję nad danym projektem. Oni miewają najlepsze pomysły, na które ja nigdy bym nie wpadł, a które doskonale pasują do całości. W dotychczasowej historii zawodowej dopisywało mi prawdziwe szczęście do współpracowników – oni wnieśli mnóstwo w to wszystko, co udało mi się do tej pory zaprojektować i zbudować.

Rozmawiamy na początku nowego roku. Jakie cele postawił Pan przed sobą jako architekt na najbliższe 365 dni?

Jak zwykle mam w tej chwili na warsztacie jednocześnie kilka projektów w różnych stadiach zaawansowania. Do tej pory koncentrowałem się przede wszystkim na takich zleceniach, które dawały szansę choćby najmniejszej realizacji, jak wnętrza czy wystawy. W tym roku najwięcej czasu przeznaczę na pracę na uczelni a resztę chciałbym wykorzystać przede wszystkim na konkursy. Nie mam w portfolio żadnych większych realizacji pod własnym nazwiskiem a konkursy stwarzają mi w tej chwili chyba największą szansę na zdobycie poważniejszych tematów.

Jako młody utalentowany człowiek miał Pan zapewne możliwość pozostania po ukończeniu studiów za granicą , np.w Szwajcarii. Jednak świadomie zdecydował się Pan  na powrót do ojczyzny. Zatem, jakie są Pana zdaniem atuty życia i tworzenia w Polsce?

Życie w Polsce ma swoje blaski i cienie. Do zalet należy przede wszystkim wrażenie przynależności, rozumienia swojego kręgu kulturowego. Jestem Polakiem i to, co dzieje się w Polsce jest dla mnie ważne. Możliwość aktywnego uczestniczenia w życiu kulturalnym mojego kraju to bezcenna okazja i odpowiedzialność. Do cieni należy brak stabilizacji finansowej. Prowadzenie własnego biura bez kompromisów estetycznych należy w tej chwili uznać raczej za kosztowną pasję, niż sposób na życie i utrzymanie rodziny. Dlatego cieszę się, że mogę jednocześnie działać na uczelni – szkoda tylko, że nie jest to uczelnia polska. Od września korzystam ze stypendium naukowego w Szkole Architektury i Designu AHO w Oslo. Mam nadzieję, że to pozwoli mi kiedyś być lepszym architektem w kraju.

Od roku nasz portal organizuje warsztaty designu dla dzieci i młodzieży w ramach szkolnych lekcji. Czy mógłby Pan dać generalną ale też konkretną radę naszym uczniom, których interesuje architektura i design, swoiste przesłanie wskazujące cel ich działań? 

Moja rada dla młodych ludzi: uczyć się od najlepszych. Czyli od L. Miesa van der Rohe, Le Corbusiera, F. L. Wrighta, Louisa Kahna - dużo podróżować i jak najwięcej szkicować, rysować, wycinać, piłować, kleić, budować. Zapisywać myśli, wrażenia. Mniej internetu i zabaw smartfonem - więcej wypraw w teren albo pracy z prawdziwym materiałem. Architektura i design nadal wydarzają się w świecie rzeczywistym, nasze ciała nadal potrebują mebli i budynków. Podróże w przestrzeni wirtualnej są ważne i ciekawe, ale nadal nie mogą zastąpić oglądania domów i przedmiotów na żywo. W tej chwili można za naprawdę małe pieniądze zobaczyć niezwykłe miejsca w Europie. Ale warto też spędzić wolną chwilę oglądając ciekawe budynki w swojej okolicy. Można nawet za kilka złotych pojechać z Warszawy do Otwocka i wrócić stamtąd piechotą widząc po drodze zupełnie niesamowite rzeczy. Sam nie jestem bez winy, ale ileż poznałem osób, które znają Paryż, Rzym i Nowy Jork a nie były w Wilnie, Lwowie ani nawet w Przemyślu czy w Kaliszu! Młodość to czas na takie szalone podróże – szkoda ją trawić przed ekranem.


www.janstrumillo.com

 

 

wizytówki

Komentarze:

loading
Nikt jescze nie skomentował tego artykułu.

Reklamy

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.